Gość (37.30.*.*)
Wielu dorosłych, patrząc wstecz na swoje lata szkolne, widzi obraz dziecka stojącego na uboczu, które nie rozumiało żartów rówieśników lub było postrzegane jako „dziwne”. Dziś, dzięki ogromnemu postępowi w psychologii i psychiatrii, coraz więcej takich osób w wieku 30, 40 czy nawet 50 lat dowiaduje się, że przyczyną ich dawnych trudności nie był trudny charakter czy brak chęci do nawiązywania relacji, ale spektrum autyzmu. To zjawisko nie jest przypadkowe – wynika z ewolucji naszej wiedzy o tym, jak działa ludzki mózg.
Dla większości dzieci zasady społeczne są czymś, co chłoną naturalnie, niemal przez osmozę. Wiedzą, kiedy zażartować, jak odczytać wyraz twarzy kolegi i jak prowadzić niezobowiązującą rozmowę (tzw. small talk). Dla osoby w spektrum autyzmu te same zasady są często jak skomplikowany kod, którego nikt im nie przekazał.
W szkole, która jest mikrokosmosem społecznym, brak umiejętności „czytania między wierszami” staje się barierą nie do przebicia. Dziecko autystyczne może brać wszystko dosłownie, nie wyczuwać sarkazmu lub mieć trudności z utrzymaniem kontaktu wzrokowego. Rówieśnicy, często nieświadomie, wyczuwają tę „inność” i odsuwają się od takiej osoby, co prowadzi do izolacji. To właśnie dlatego w dorosłym życiu diagnoza staje się momentem „eureka” – nagle wszystkie te bolesne wspomnienia o braku przyjaciół nabierają sensu.
Jednym z głównych powodów, dla których diagnoza następuje tak późno, jest zjawisko zwane maskowaniem (ang. masking). Dotyczy to szczególnie dziewcząt, które często wykazują większą presję społeczną na dopasowanie się. Osoba w spektrum uczy się na pamięć reakcji innych, kopiuje gesty, przygotowuje sobie scenariusze rozmów i zmusza się do zachowań, które nie są dla niej naturalne.
Choć maskowanie pozwala „przetrwać” szkołę bez bycia całkowitym wyrzutkiem, wiąże się z ogromnym kosztem emocjonalnym. Takie osoby często wracają do domu skrajnie wyczerpane przebodźcowaniem i wysiłkiem aktorskim. Ponieważ na zewnątrz wyglądają na „normalne”, nikt – ani nauczyciele, ani rodzice – nie podejrzewał u nich autyzmu. Dopiero w dorosłości, gdy wymagania życiowe rosną, a siły na maskowanie się kończą, trafiają do gabinetu specjalisty.
Warto pamiętać, że jeszcze 20-30 lat temu kryteria diagnostyczne autyzmu były znacznie węższe. Autyzm kojarzono głównie z dziećmi, które nie mówią lub mają bardzo nasilone zachowania stereotypowe. Osoby, które były inteligentne, radziły sobie z nauką, ale miały „tylko” problemy społeczne, często otrzymywały etykietkę nieśmiałych, ekscentrycznych lub po prostu niegrzecznych.
Pojęcie Zespołu Aspergera (które obecnie mieści się w szerokim Spektrum Autyzmu – ASD) weszło do powszechnego użycia stosunkowo późno. Wiele osób, które dziś są dorosłe, po prostu „nie załapało się” na ówczesne sita diagnostyczne. System edukacji skupiał się na wynikach w nauce, a nie na dobrostanie emocjonalnym czy specyfice przetwarzania bodźców.
Szkoła to dla osoby w spektrum autyzmu prawdziwy poligon sensoryczny. Świetlówki, które buczą (dźwięk niesłyszalny dla większości), zapach obiadu z kuchni, gwar na korytarzu i szorstki materiał mundurka – to wszystko może powodować ból fizyczny i tzw. shutdown (wyłączenie się). Dziecko, które w takiej sytuacji zatyka uszy lub chowa się pod ławkę, dawniej było karane za złe zachowanie, podczas gdy w rzeczywistości walczyło o przetrwanie w świecie, który był dla niego „za głośny”.
Można by pomyśleć: po co komu diagnoza po trzydziestce, skoro szkoła już dawno za nim? Dla wielu osób jest to jednak kluczowy moment w życiu. Pozwala on na:
Dzisiejsza większa świadomość sprawia, że historie o „dziwnym dziecku”, które po latach okazuje się osobą autystyczną, stają się mostem do lepszego zrozumienia neuroróżnorodności. To dowód na to, że każdy mózg pracuje inaczej i że to, co kiedyś uznawano za deficyt, jest po prostu inną formą ludzkiego doświadczenia.