Gość (83.4.*.*)
Wydarzenia z 94. ceremonii wręczenia Oscarów na stałe zapisały się w historii popkultury, ale nie ze względu na wybitne kreacje aktorskie, lecz z powodu incydentu, który przeszedł do historii jako „the slap”. Choć emocje po spoliczkowaniu Chrisa Rocka przez Willa Smitha już nieco opadły, pytanie o to, dlaczego to Smith poniósł tak surowe konsekwencje, mimo odczuwanej prowokacji, wciąż powraca w dyskusjach o granicach humoru i dopuszczalnej reakcji na zniewagę.
Głównym powodem, dla którego Will Smith spotkał się z tak zdecydowaną reakcją Akademii Filmowej oraz opinii publicznej, jest fakt, że w cywilizowanym społeczeństwie – a zwłaszcza podczas prestiżowych wydarzeń publicznych – istnieje wyraźna granica między słowem a przemocą fizyczną. Choć żart Chrisa Rocka dotyczący fryzury Jady Pinkett Smith (która choruje na łysienie plackowate) został uznany przez wielu za niesmaczny, a nawet okrutny, prawo i normy społeczne stawiają fizyczny atak znacznie wyżej w hierarchii wykroczeń.
Z punktu widzenia etyki i prawa, werbalna prowokacja rzadko stanowi usprawiedliwienie dla naruszenia nietykalności cielesnej. W świecie Hollywood, gdzie wizerunek jest walutą, przejście od słów do czynów zostało odebrane jako prymitywne rozwiązanie konfliktu, które nie przystoi osobie o takim statusie.
Akademia Sztuki i Wiedzy Filmowej (AMPAS) posiada rygorystyczny kodeks postępowania, który został zaktualizowany po skandalach związanych z ruchem #MeToo. Dokument ten jasno określa, że członkowie muszą zachowywać się w sposób godny i szanować ludzką godność. Spoliczkowanie prezentera na scenie, na oczach milionów widzów, było bezpośrednim złamaniem tych zasad.
Konsekwencje, jakie spotkały Smitha, były formą ochrony prestiżu samej instytucji. Gdyby Akademia nie zareagowała, dałaby przyzwolenie na podobne zachowania w przyszłości, co mogłoby zamienić eleganckie gale w areny fizycznych potyczek. Dlatego też zapadła decyzja o 10-letnim zakazie uczestnictwa aktora w ceremoniach oscarowych.
Warto zauważyć, że konsekwencje dla Willa Smitha nie ograniczyły się tylko do oficjalnych kar od Akademii. Aktor musiał zmierzyć się z tzw. „cancel culture” oraz wstrzymaniem wielu projektów filmowych. Dlaczego tak się stało?
Aby zrozumieć kontekst emocjonalny, warto wiedzieć, że Jada Pinkett Smith od lat publicznie mówi o swojej walce z alopecia areata. Jest to choroba autoimmunologiczna, w której układ odpornościowy atakuje mieszki włosowe, co prowadzi do wypadania włosów. Dla wielu osób dotkniętych tym schorzeniem żart Chrisa Rocka nie był tylko „docinkiem o fryzurze”, ale uderzeniem w czuły punkt związany z chorobą i samoakceptacją. To właśnie ten fakt sprawił, że część opinii publicznej początkowo sympatyzowała ze Smithem, widząc w nim obrońcę żony.
Choć Chris Rock nie został ukarany przez Akademię (ponieważ komicy na galach mają tradycyjnie większą swobodę w żartowaniu z gości), on również musiał zmierzyć się z krytyką. Wielu komentatorów uznało jego żart za niskich lotów i uderzający w osobę zmagającą się z problemem zdrowotnym. Jednak w świecie mediów Rock wyszedł z tej sytuacji jako „ofiara”, co paradoksalnie pomogło mu w sprzedaży biletów na jego późniejsze występy stand-upowe, w których zresztą odniósł się do całego zajścia w specjalnym programie dla Netflixa.
Ostatecznie Will Smith poniósł konsekwencje, ponieważ w profesjonalnym środowisku przemoc fizyczna jest nieakceptowalną odpowiedzią na przemoc słowną. Choć prowokacja była realna, sposób reakcji okazał się destrukcyjny dla kariery, która była u szczytu (tej samej nocy Smith odebrał Oscara dla najlepszego aktora za rolę w filmie „King Richard: Zwycięska rodzina”).