Gość (83.4.*.*)
Sposób, w jaki mówimy o sobie, ma ogromny wpływ na to, jak postrzegają nas inni, ale przede wszystkim na to, jak sami czujemy się we własnej skórze. Często granica między byciem skromnym, szczerym a destrukcyjnym jest bardzo cienka. W psychologii i codziennej komunikacji często spotykamy się z dwoma zjawiskami: negatywnym mówieniem o sobie (tzw. self-criticism) oraz ostrzeganiem innych przed samym sobą. Choć na pierwszy rzut oka mogą brzmieć podobnie, ich fundamenty, cele i skutki są zupełnie inne.
Negatywne mówienie o sobie to nic innego jak głos naszego wewnętrznego krytyka, który wydostał się na zewnątrz. Może przybierać formę narzekania na swój wygląd, inteligencję czy umiejętności. Często dzieje się to niemal automatycznie. Mówimy: „Ale jestem głupi, że o tym zapomniałem” albo „Nigdy nic mi nie wychodzi”.
To zjawisko najczęściej wynika z niskiego poczucia własnej wartości lub lęku przed oceną. Poprzez umniejszanie sobie, podświadomie próbujemy „uprzedzić” atak ze strony innych – jeśli sami powiemy o sobie coś złego, ewentualna krytyka z zewnątrz będzie mniej boleć. Niestety, taka strategia działa jak samospełniająca się przepowiednia. Im częściej powtarzamy negatywne komunikaty, tym bardziej w nie wierzymy, co obniża naszą pewność siebie i motywację do działania.
Ostrzeganie przed samym sobą to specyficzna forma komunikacji, która zazwyczaj pojawia się w relacjach międzyludzkich. Przykłady? „Nie angażuj się w relację ze mną, bo tylko cię skrzywdzę”, „Jestem bardzo trudną osobą w pracy” albo „Lepiej na mnie nie licz, bo zawsze zawalam terminy”.
W przeciwieństwie do zwykłego narzekania, ostrzeganie ma konkretny cel społeczny: zarządzanie oczekiwaniami innych. Osoba wypowiadająca takie słowa stawia się w roli kogoś, kto „gra w otwarte karty”. Może to być próba ochrony drugiej osoby, ale znacznie częściej jest to forma zrzucenia z siebie odpowiedzialności za przyszłe błędy. Jeśli kogoś ostrzegłem, a potem zachowałem się źle, mogę poczuć się rozgrzeszony – w końcu „wiedziałeś, na co się piszesz”.
Choć oba te zachowania mogą wydawać się przejawem braku pewności siebie, różnią się w kilku kluczowych aspektach:
W psychologii istnieje pojęcie efektu Golema. Polega ono na tym, że niskie oczekiwania wobec samego siebie (często wyrażane właśnie przez negatywne mówienie o sobie) prowadzą do gorszych wyników. Jeśli wmawiasz sobie, że jesteś beznadziejny w prezentacjach, Twój poziom stresu wzrośnie tak bardzo, że faktycznie wypadniesz gorzej, co tylko utwierdzi Cię w przekonaniu, że miałeś rację.
Wydaje się, że ostrzeganie kogoś przed swoimi wadami jest uczciwe. W rzeczywistości jednak często bywa formą manipulacji (nawet nieświadomej). Mówiąc „jestem toksyczny”, osoba daje sobie przyzwolenie na toksyczne zachowania w przyszłości. To rodzaj „licencji na złe traktowanie”. Zamiast pracować nad swoimi wadami, taka osoba po prostu je etykietuje i prezentuje jako niezmienny fakt.
Dla odbiorcy takie ostrzeżenie jest sygnałem alarmowym, ale też pułapką. Jeśli mimo ostrzeżenia zostanie w relacji, a potem zostanie zraniony, może czuć winę, że „przecież wiedział”. To przenosi ciężar dbania o granice z osoby raniącej na osobę ranioną.
Praca nad zmianą języka, którym się posługujemy, jest trudna, ale kluczowa dla zdrowia psychicznego. Oto kilka kroków, które mogą pomóc:
Sposób, w jaki się komunikujemy, buduje naszą rzeczywistość. Rezygnacja z negatywnego autoportretu i zaprzestanie budowania murów w postaci „ostrzeżeń” to pierwszy krok do budowania autentycznych, zdrowych relacji – zarówno z innymi, jak i z samym sobą.