Gość (37.30.*.*)
W dzisiejszych czasach nasza obecność w sieci często zaczyna się na długo przed tym, zanim sami nauczymy się obsługiwać smartfona czy komputer. Zjawisko to, znane jako „cyfrowy ślad”, staje się integralną częścią naszej tożsamości, a jego fundamenty kładą rodzice już w momencie opublikowania pierwszego zdjęcia z badania USG czy niemowlęcej sesji zdjęciowej. Choć intencje opiekunów są zazwyczaj pełne miłości, warto zastanowić się, jak te wczesne publikacje oraz późniejsze, samodzielne kroki w internecie, wpłyną na dorosłe życie młodego człowieka.
Termin „sharenting” (połączenie słów share – udostępniać i parenting – rodzicielstwo) opisuje sytuację, w której rodzice regularnie publikują w mediach społecznościowych informacje, zdjęcia i filmy dotyczące ich dzieci. W ten sposób dziecko zyskuje swoją cyfrową tożsamość, zanim jeszcze zacznie świadomie budować tę realną.
Problem polega na tym, że dziecko nie ma wpływu na to, jakie treści trafiają do sieci. Zdjęcia z kąpieli, nagrania napadów złości czy zabawne, ale krępujące sytuacje, zostają w internecie na lata. Nawet jeśli profil rodzica jest prywatny, nie ma gwarancji, że ktoś nie zrobi zrzutu ekranu lub że platforma nie zmieni swojej polityki prywatności. W przyszłości te materiały mogą stać się źródłem kompleksów, a w skrajnych przypadkach – narzędziem w rękach rówieśników do cyberbullyingu (cyberprzemocy).
To jedno z najczęstszych pytań, jakie zadają sobie specjaliści od wizerunku. Odpowiedź brzmi: technicznie rzecz biorąc, usunięcie czegoś z sieci jest niezwykle trudne. Nawet jeśli skasujemy post, może on istnieć w archiwach internetowych (takich jak Wayback Machine) lub na serwerach osób trzecich.
Błędy popełnione w dzieciństwie i okresie nastoletnim – niefortunne komentarze, udział w kontrowersyjnych wyzwaniach (challenge’ach) czy publikowanie treści pod wpływem emocji – tworzą cyfrowy portret danej osoby. Gdy młody człowiek wchodzi w dorosłość, ten portret może nie pasować do tego, kim stał się jako profesjonalista.
W Polsce proces rekrutacji na studia opiera się głównie na wynikach egzaminów, jednak na świecie (szczególnie w USA czy Wielkiej Brytanii) sytuacja wygląda inaczej. Prestiżowe uczelnie coraz częściej sprawdzają media społecznościowe kandydatów. Historia zna przypadki, w których przyjęcie na Harvard czy inne uczelnie z Ligi Bluszczowej zostało cofnięte z powodu rasistowskich, ksenofobicznych lub obraźliwych wpisów, które kandydaci zamieścili w sieci lata wcześniej.
Nawet jeśli polskie uczelnie nie prowadzą jeszcze masowej weryfikacji kont kandydatów, warto pamiętać o stypendiach, programach wymiany czy prestiżowych stażach. Organizacje oferujące takie benefity dbają o swój wizerunek i chcą współpracować z osobami, które reprezentują określone wartości.
Dla rekruterów i działów HR media społecznościowe są kopalnią wiedzy o kandydacie. Według różnych badań, nawet od 50% do 70% pracodawców sprawdza profile kandydatów przed podjęciem decyzji o zatrudnieniu. Co może zaszkodzić?
Pracodawca szuka osoby, która będzie pasować do kultury organizacyjnej firmy. Jeśli cyfrowy ślad kandydata sugeruje, że może on być konfliktowy lub nieodpowiedzialny, jego szanse na wymarzone stanowisko drastycznie spadają, nawet jeśli posiada on świetne kompetencje twarde.
W Unii Europejskiej, dzięki rozporządzeniu RODO, istnieje tzw. „prawo do bycia zapomnianym”. Pozwala ono osobom fizycznym żądać od wyszukiwarek (np. Google) usunięcia linków do informacji na swój temat, które są nieadekwatne, nieistotne lub nadmiarowe. Nie oznacza to jednak całkowitego wymazania treści z internetu, a jedynie utrudnienie ich znalezienia.
Zamiast całkowicie zakazywać korzystania z internetu, warto postawić na edukację i świadome zarządzanie prywatnością. Oto kilka wskazówek:
Wizerunek w sieci to dzisiaj nasza druga twarz. Choć błędy z dzieciństwa mogą wydawać się odległe, w cyfrowym świecie są one zaledwie o kilka kliknięć od nas. Świadome budowanie obecności online od najmłodszych lat to nie tylko kwestia bezpieczeństwa, ale przede wszystkim inwestycja w przyszłość zawodową i osobistą.