Gość (37.30.*.*)
Historia kulinariów potrafi zaskakiwać, a jednym z najbardziej osobliwych przykładów kreatywnej interpretacji przepisów religijnych jest status bobra na średniowiecznych i nowożytnych stołach. Choć dziś dla każdego biologa bóbr jest bezsprzecznie ssakiem, przez setki lat w Europie (w tym również w Polsce) jego ogon był traktowany jako potrawa postna, którą można było zajadać się nawet w dni najsurowszego wstrzemięźliwości od mięsa. Skąd wzięło się to przekonanie i jak tłumaczono sobie taką dietetyczną gimnastykę?
Kluczem do zrozumienia tego fenomenu jest specyficzna budowa anatomiczna bobra, a konkretnie jego ogona, zwanego pluskiem. Ogon ten jest szeroki, płaski i pokryty twardą, zrogowaciałą skórą, która do złudzenia przypomina rybią łuskę. Dla średniowiecznych uczonych i duchownych, którzy nie opierali swojej wiedzy na współczesnej genetyce, a raczej na obserwacji i filozofii arystotelesowskiej, wygląd zewnętrzny oraz środowisko życia zwierzęcia były decydujące.
Skoro bóbr spędza większość czasu w wodzie, świetnie pływa, a jego ogon wygląda jak u ryby, to logicznym (według ówczesnych standardów) wnioskiem było uznanie go za istotę bliższą rybom niż zwierzętom lądowym. W tamtym okresie obowiązywała zasada, że to, co pochodzi z wody, jest z natury "chłodne" i postne, w przeciwieństwie do "gorącego" i krwistego mięsa zwierząt rzeźnych.
Warto wiedzieć, że klasyfikacja bobra jako "ryby" nie była jedynie ludowym zabobonem, ale zyskała oficjalne poparcie władz kościelnych. Najbardziej znany przypadek pochodzi z XVII wieku, kiedy to biskupi z Quebecu zwrócili się do teologów na Sorbonie z pytaniem, czy nowo odkryte w Kanadzie bobry można spożywać w piątki. Odpowiedź była twierdząca: ze względu na tryb życia i łuskowaty ogon, bóbr został uznany za rybę w sensie dietetycznym.
Podobne podejście stosowano w Europie Środkowej. W dawnej Polsce, gdzie posty były niezwykle rygorystyczne i trwały przez znaczną część roku, ogon bobra stał się luksusowym przysmakiem, który pozwalał szlachcie i duchowieństwu przetrwać okresy wyrzeczeń bez rezygnacji z sycących posiłków.
Z kulinarnym punktu widzenia ogon bobra był ceniony za swoją specyficzną teksturę. Składa się on głównie z tłuszczu i tkanki łącznej, co po odpowiednim przyrządzeniu dawało efekt potrawy niezwykle delikatnej, niemal rozpływającej się w ustach. Często go wędzono, pieczono lub podawano w gęstych, korzennych sosach, które miały maskować nieco mulisty zapach. Co ciekawe, reszta ciała bobra – czyli jego "futrzasta" część – była już uznawana za mięso, więc w dni postne teoretycznie należało ją odrzucić, skupiając się wyłącznie na ogonie.
Bóbr nie był jedynym zwierzęciem, które padło ofiarą tej kreatywnej taksonomii. Historia zna więcej przypadków, w których chęć zjedzenia czegoś pożywnego w trakcie postu wygrywała z logiką przyrodniczą:
Oprócz walorów smakowych, bóbr był niezwykle ceniony za tzw. strój bobrowy (kastoreum). Jest to wydzielina gruczołów, którą zwierzęta te wykorzystują do natłuszczania futra i znakowania terenu. W dawnych wiekach kastoreum uważano za panaceum na niemal wszystko: od bólów głowy i gorączki, po histerię i bezsenność. Dziś wiemy, że zawiera ono kwas salicylowy (składnik aspiryny), ponieważ bobry żywią się korą wierzby, więc dawne receptury miały w sobie ziarno naukowej prawdy.
Zajadanie się ogonem bobra w trakcie postu było więc fascynującym połączeniem religijnego pragmatyzmu, braku nowoczesnej wiedzy biologicznej i czystej ludzkiej potrzeby zjedzenia czegoś smacznego w czasie długich tygodni wyrzeczeń. Choć dziś takie podejście budzi uśmiech, przez stulecia było ono powszechnie akceptowaną normą społeczną i religijną.