Gość (83.4.*.*)
Wyobraź sobie, że dzisiejszy internet to gigantyczne miasto, w którym każdy budynek musi mieć swój unikalny numer domu. Obecnie korzystamy głównie z protokołu IPv4, który oferuje około 4,3 miliarda takich numerów. Choć wydaje się to dużą liczbą, w dobie smartfonów, lodówek z Wi-Fi i miliardów użytkowników, te zasoby już dawno się wyczerpały. Co by się jednak stało, gdyby ojcowie założyciele internetu – Vint Cerf i Bob Kahn – podjęli inną decyzję i zamiast 32-bitowych adresów, postawili na standard 24-bitowy?
Zanim przejdziemy do konkretnych dat, musimy zrozumieć, o jakiej skali w ogóle mówimy. Adresy IP w systemie binarnym to po prostu ciągi zer i jedynek. Każdy dodatkowy bit podwaja liczbę dostępnych kombinacji.
Krok 1: Obliczenie liczby adresów dla standardu 32-bitowego (obecny IPv4)
Obecnie IPv4 składa się z 4 oktetów (np. 192.168.1.1), co daje 32 bity.
$$2^{32} = 4,294,967,296 \text{ adresów}$$
To nieco ponad 4,2 miliarda unikalnych identyfikatorów.
Krok 2: Obliczenie liczby adresów dla hipotetycznego standardu 24-bitowego
Gdyby twórcy zdecydowali się na 3 bloki (24 bity), liczba adresów byłaby drastycznie mniejsza:
$$2^{24} = 16,777,216 \text{ adresów}$$
Wynik: W wersji 24-bitowej mielibyśmy do dyspozycji zaledwie 16,7 miliona adresów. To mniej więcej tyle, ile wynosi populacja Holandii. W skali globalnej to wręcz mikroskopijna liczba.
Aby odpowiedzieć na pytanie, kiedy zabrakłoby nam adresów, musimy spojrzeć na historyczne tempo wzrostu internetu. W latach 80. sieć była domeną naukowców i wojska, ale sytuacja zaczęła się zmieniać dynamicznie w latach 90.
Według danych historycznych, liczba hostów (urządzeń podłączonych do sieci) rosła w następujący sposób:
Gdybyśmy dysponowali tylko 16,7 mln adresów, kryzys nie nastąpiłby w 2011 roku (kiedy oficjalnie wyczerpały się główne pule IANA), ale znacznie, znacznie wcześniej. Biorąc pod uwagę nieefektywny sposób przydzielania adresów w tamtym czasie (tzw. adresowanie klasowe, gdzie ogromne bloki dawano jednej firmie "na zapas"), pula 24-bitowa wyczerpałaby się prawdopodobnie w okolicach 1994–1995 roku.
Warto pamiętać, że w latach 90. nikt nie przejmował się oszczędzaniem IP. Firmy takie jak IBM, Apple czy MIT otrzymywały całe bloki "klasy A", które zawierały po 16 milionów adresów każdy. W systemie 24-bitowym jedna taka firma mogłaby... zająć cały dostępny internet dla siebie. Nawet przy bardzo restrykcyjnym zarządzaniu, boom na World Wide Web (WWW), który zaczął się w 1993 roku po premierze przeglądarki Mosaic, błyskawicznie "pożarłby" resztki dostępnych numerów.
Gdybyśmy utknęli z tak małą liczbą adresów, dzisiejszy internet wyglądałby zupełnie inaczej. Prawdopodobnie nigdy nie doszłoby do tak powszechnej cyfryzacji, jaką znamy.
Vint Cerf przyznał w wielu wywiadach, że 32-bitowy system adresowania był traktowany jako... eksperyment. Twórcy nie spodziewali się, że internet wyjdzie poza sferę akademicką i wojskową. Uznali, że 4 miliardy adresów to "wystarczająco dużo na potrzeby testu", który miał trwać kilka lat. Ten "test" trwa do dziś i stał się fundamentem globalnej gospodarki.
Podsumowując nasze rozważania:
Gdyby twórcy TCP/IP byli mniej hojni i dali nam tylko 24 bity, era "internetu rzeczy" prawdopodobnie nigdy by nie nadeszła w takiej formie, jaką znamy, a my musielibyśmy nauczyć się żyć w sieci znacznie bardziej ograniczonej i podzielonej. Na szczęście wybrano 32 bity, co dało nam czas na rozwój technologii, zanim świat ostatecznie zaczął przesiadać się na IPv6.