Gość (83.4.*.*)
Jednoosobowa działalność gospodarcza (JDG) to najpopularniejsza forma prowadzenia biznesu w Polsce. Jest prosta w założeniu, tania w utrzymaniu i oferuje korzystne formy opodatkowania. Jednak pod tą fasadą prostoty kryje się konstrukcja prawna, którą wielu prawników i ekonomistów nazywa reliktem przeszłości lub wręcz absurdem. Chodzi o całkowity brak rozdzielności między majątkiem prywatnym a firmowym. W praktyce oznacza to, że przedsiębiorca odpowiada za błędy biznesowe całym swoim życiem – domem, samochodem, a nawet oszczędnościami na komunię dziecka.
W systemie prawnym JDG nie posiada osobowości prawnej. To nie „firma” zawiera umowy, ale konkretny człowiek – Jan Kowalski. Choć w celach księgowych i podatkowych rozróżniamy wydatki „na firmę” i „prywatne”, to z punktu widzenia prawa cywilnego i egzekucyjnego taka granica nie istnieje. Jeśli Jan Kowalski zaciągnie kredyt na rozwój warsztatu i go nie spłaci, bank nie będzie pytał, czy pieniądze poszły na nową podnośnik, czy na wakacje. Komornik może zająć zarówno firmową maszynę, jak i prywatny telewizor w salonie Jana.
To właśnie ta jedność jest fundamentem krytyki. W żadnej innej formie działalności – od spółek z o.o., przez spółki akcyjne, aż po fundacje – nie występuje tak bezpośrednie i nieograniczone ryzyko. Nawet w spółkach osobowych (np. jawnej) odpowiedzialność wspólników jest zazwyczaj subsydiarna, co oznacza, że wierzyciel najpierw musi „pocałować klamkę” w firmie, zanim zapuka do drzwi prywatnego domu wspólnika. W JDG te drzwi są zawsze otwarte na oścież.
Krytycy wskazują na kilka kluczowych argumentów, które sprawiają, że obecny stan prawny wydaje się nielogiczny w nowoczesnej gospodarce:
Warto spojrzeć, jak wygląda to w innych strukturach, aby zrozumieć skalę problemu w JDG. W spółce z ograniczoną odpowiedzialnością (sp. z o.o.) mamy do czynienia z tzw. osobowością prawną. Spółka jest osobnym „tworem”, który ma własny majątek. Jeśli spółka zbankrutuje, wierzyciele mogą przejąć tylko to, co do niej należy. Majątek prywatny prezesa czy udziałowców jest (co do zasady) bezpieczny.
W JDG nie ma „bezpiecznika”. Jeśli kontrahent nie zapłaci faktury na 100 tysięcy złotych, a przedsiębiorca musi z tego opłacić dostawców i podatki, to brakujące środki musi wyłożyć z własnej kieszeni. Jeśli ich nie ma – traci prywatne mienie. To sprawia, że JDG jest formą niezwykle ryzykowną dla osób, które budują większą skalę działalności.
Przez lata ogromnym problemem JDG była śmierć właściciela, która oznaczała natychmiastowy paraliż firmy – wygasały umowy o pracę, NIP, a konta bankowe były blokowane. Wprowadzenie instytucji zarządcy sukcesyjnego nieco złagodziło ten problem, pozwalając firmie „przeżyć” właściciela. Nadal jednak nie rozwiązuje to kwestii odpowiedzialności majątkowej, która po prostu przechodzi na spadkobierców, o ile nie odrzucą spadku.
Skoro system prawny nie zapewnia rozdzielności majątkowej w JDG, przedsiębiorcy muszą radzić sobie sami. Najczęstszymi metodami są:
Krytyka braku rozdzielności majątkowej w JDG wynika z faktu, że jest to konstrukcja promująca skrajną nieodpowiedzialność finansową państwa wobec obywatela prowadzącego biznes. W dobie globalnej gospodarki, gdzie jeden błąd kontrahenta może doprowadzić do upadku łańcucha dostaw, zmuszanie najmniejszych przedsiębiorców do ręczenia własnym domem za każdą decyzję biznesową jest przez wielu uznawane za błąd systemowy, który wymaga gruntownej reformy.