Gość (83.4.*.*)
Procedura „notice and takedown” (zgłoś i usuń) to jeden z najbardziej kontrowersyjnych elementów amerykańskiej ustawy Digital Millennium Copyright Act (DMCA) z 1998 roku. Choć jej pierwotnym celem było znalezienie złotego środka między ochroną praw autorskich a swobodą rozwoju internetu, po ponad ćwierćwieczu jej funkcjonowania dyskusja o tym, czy jest to genialny kompromis, czy raczej prawny niewypał, wciąż rozgrzewa prawników i twórców na całym świecie.
Zanim ocenimy, czy mamy do czynienia z luką, czy bublem, warto zrozumieć, jak ten mechanizm działa w praktyce. DMCA wprowadziło zasadę „safe harbor” (bezpiecznej przystani) dla dostawców usług internetowych (ISP) oraz platform takich jak YouTube, Facebook czy hostingi plików.
Zgodnie z tą zasadą, platforma nie ponosi odpowiedzialności za treści naruszające prawa autorskie, które opublikowali jej użytkownicy, pod warunkiem, że:
To właśnie jest procedura „notice and takedown”. Wydaje się proste i uczciwe, prawda? Diabeł jednak tkwi w szczegółach i w skali, na jaką dzisiaj operuje internet.
Wielu ekspertów uważa, że konstrukcja DMCA stworzyła potężną lukę, która pozwala na nadużycia wykraczające daleko poza ochronę własności intelektualnej. Problem polega na tym, że system ten opiera się na domniemaniu winy. Gdy platforma otrzymuje zgłoszenie, zazwyczaj usuwa treść automatycznie, aby nie ryzykować utraty statusu „safe harbor” i ogromnych kar finansowych.
To otwiera furtkę do zjawiska zwanego „copyfraud” lub po prostu cenzury pozaprawnej. Przykłady?
W tym sensie DMCA jest postrzegane jako luka pozwalająca na omijanie standardowych procedur sądowych i ograniczanie wolności słowa bez wyroku sądu.
Określenie „bubel prawny” często pojawia się w kontekście niedostosowania ustawy do współczesnych realiów technologicznych. W 1998 roku internet wyglądał zupełnie inaczej – dominowały statyczne strony, a przesyłanie wideo było rzadkością. Nikt nie przewidział, że każdego dnia do sieci trafiać będą miliony godzin nagrań.
Dlaczego niektórzy nazywają DMCA bublem?
W 2016 roku głośna była sprawa „Dancing Baby”. Universal Music Group zażądało usunięcia 29-sekundowego filmu na YouTube, na którym dziecko tańczyło do piosenki Prince'a „Let's Go Crazy”. Sąd po latach batalii uznał, że właściciele praw autorskich muszą rozważyć, czy materiał stanowi „fair use” (dozwolony użytek), zanim wyślą żądanie usunięcia. W praktyce jednak większość zgłoszeń wciąż odbywa się bez takiej analizy.
Z punktu widzenia gigantów technologicznych, DMCA – mimo swoich wad – jest fundamentem ich istnienia. Bez zasady „safe harbor”, serwisy takie jak YouTube czy Instagram prawdopodobnie nigdy by nie powstały, ponieważ ryzyko prawne związane z publikacjami użytkowników byłoby zbyt wysokie.
Dla nich procedura „notice and takedown” to cena, jaką płacą za immunitet. Jednak koszty obsługi tego systemu (zarządzanie milionami roszczeń) są gigantyczne, co skłania je do wdrażania jeszcze bardziej restrykcyjnych, własnych systemów, takich jak Content ID na YouTube, które często działają jeszcze bardziej bezwzględnie niż samo DMCA.
Odpowiedź nie jest jednoznaczna. DMCA z 1998 roku to przede wszystkim prawo, które nie zestarzało się z godnością.
Obecnie na świecie (w tym w Unii Europejskiej poprzez Dyrektywę o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym) trwają próby naprawienia tego mechanizmu, m.in. poprzez nakładanie na platformy obowiązku filtrowania treści już w momencie ich przesyłania („notice and staydown”). Budzi to jednak jeszcze większe obawy o wolność słowa w internecie, co sugeruje, że idealne rozwiązanie tego problemu wciąż nie zostało wypracowane.