Gość (37.30.*.*)
Wprowadzenie unijnej dyrektywy znanej jako „Women on Boards” wywołało w całej Europie lawinę dyskusji. Przepisy te nakładają na duże spółki giełdowe obowiązek osiągnięcia konkretnych progów: 40% stanowisk dla dyrektorów niewykonawczych lub 33% wszystkich stanowisk dyrektorskich dla płci niedostatecznie reprezentowanej do połowy 2026 roku. Choć w debacie publicznej najczęściej mówi się o „parytetach dla kobiet”, warto przyjrzeć się bliżej konstrukcji tych przepisów oraz przyczynom, dla których koncentrują się one na szczytach korporacyjnych drabin, a nie na każdym szczeblu zatrudnienia.
Z formalnego punktu widzenia unijna dyrektywa 2022/2381 posługuje się terminem „płeć niedostatecznie reprezentowana” (under-represented sex). Oznacza to, że teoretycznie, gdyby w jakiejś ogromnej spółce giełdowej zarząd składał się w 90% z kobiet, przepisy te chroniłyby mężczyzn, dążąc do wyrównania ich udziału. Jednak w obecnej rzeczywistości gospodarczej to kobiety stanowią mniejszość w organach decyzyjnych. Według danych Europejskiego Instytutu ds. Równości Kobiet i Mężczyzn (EIGE), mimo postępów, kobiety wciąż zajmują znacznie mniej niż połowę miejsc w zarządach największych firm.
Brak „analogicznych wymogów dla mężczyzn” w powszechnym odbiorze wynika więc z faktu, że to mężczyźni obecnie dominują na tych stanowiskach. Prawo unijne opiera się tutaj na zasadzie „wyrównywania szans”, a nie na tworzeniu sztywnych przywilejów. Mechanizm ten jest formą tzw. akcji afirmatywnej (dyskryminacji pozytywnej), która ma na celu usunięcie historycznych i strukturalnych barier, które uniemożliwiały jednej grupie dostęp do określonych dóbr lub stanowisk.
Pytanie o to, dlaczego parytety nie dotyczą mniej prestiżowych zawodów, dotyka samej istoty unijnej strategii. Unia Europejska skupia się na stanowiskach dyrektorskich z kilku kluczowych powodów:
Wprowadzenie parytetów w zawodach mniej prestiżowych lub fizycznych jest znacznie trudniejsze z punktu widzenia legislacyjnego i społecznego. Po pierwsze, Unia Europejska musi przestrzegać zasady proporcjonalności i pomocniczości. Ingerencja w strukturę zatrudnienia milionów małych i średnich przedsiębiorstw byłaby uznana za zbyt daleko idącą i paraliżującą dla wolnego rynku.
Po drugie, w przypadku zawodów o niższym prestiżu często mamy do czynienia z tzw. segregacją poziomą rynku pracy. Mężczyźni dominują w budownictwie czy transporcie, a kobiety w edukacji i opiece. Przyczyny tego stanu rzeczy są złożone – od uwarunkowań kulturowych po różnice w wyborze ścieżek edukacyjnych. Wprowadzenie przymusowych parytetów np. na budowach mogłoby doprowadzić do braku rąk do pracy, ponieważ liczba kobiet kształcących się w tych kierunkach jest wciąż relatywnie mała.
Warto jednak wspomnieć o ciekawostce: w niektórych krajach istnieją programy zachęt (choć nie są to twarde parytety unijne), które mają przyciągać mężczyzn do zawodów sfeminizowanych, takich jak pielęgniarstwo czy praca w przedszkolach, aby walczyć ze stereotypami i wyrównywać strukturę społeczną.
Dla Unii Europejskiej dyrektywa ta nie jest wyłącznie kwestią ideologiczną, ale ekonomiczną. Komisja Europejska wielokrotnie podkreślała, że marnowanie potencjału wykształconych kobiet (które statystycznie częściej kończą studia wyższe niż mężczyźni) jest nieefektywne dla gospodarki.
Wprowadzenie wymogów dla dużych spółek giełdowych jest więc traktowane jako „pilotaż” i najsilniejszy impuls do zmian, który ma być łatwiejszy do monitorowania i egzekwowania. Spółki giełdowe i tak podlegają rygorystycznym wymogom raportowania, więc dodanie kwestii różnorodności płciowej do ich sprawozdań jest technicznie prostsze niż kontrolowanie struktury zatrudnienia w każdym warsztacie samochodowym czy salonie fryzjerskim.