Gość (83.4.*.*)
Relacje z osobami chorymi onkologicznie bywają trudne, a strach przed powiedzeniem czegoś niewłaściwego często paraliżuje bliskich. Choć intencje zazwyczaj są szlachetne, to właśnie ten specyficzny ton głosu i „grobowa mina” podczas zadawania pytania „jak się czujesz?” stają się dla pacjenta źródłem dodatkowego stresu. Problem nie leży w samym pytaniu, ale w całym ładunku emocjonalnym, który mu towarzyszy, oraz w subtelnej różnicy między litością a autentycznym wsparciem.
Wiele osób błędnie utożsamia litość z empatią, podczas gdy psychologicznie są to dwa zupełnie inne stany. Empatia to próba zrozumienia perspektywy drugiej osoby i „wejścia w jej buty” bez oceniania. Litość natomiast buduje dystans i hierarchię. Kiedy patrzymy na kogoś z litością, nieświadomie stawiamy się w pozycji osoby „zdrowej i silnej”, która spogląda z góry na kogoś „słabego i nieszczęśliwego”.
Dla pacjenta onkologicznego, który każdego dnia walczy o zachowanie poczucia godności i sprawstwa, takie spojrzenie jest deprymujące. Sugeruje ono, że jedyną rzeczą, jaką w nim widzimy, jest jego choroba. Zamiast czuć się wspieranym, pacjent czuje się uprzedmiotowiony – staje się „przypadkiem medycznym”, a nie dawnym kolegą, bratem czy przyjacielem.
Komunikacja niewerbalna stanowi ponad połowę przekazu, który dociera do rozmówcy. Kiedy zadajemy pytanie o samopoczucie z tragicznym wyrazem twarzy, wysyłamy pacjentowi bardzo silny sygnał: „wyglądasz fatalnie” lub „twoja sytuacja jest beznadziejna”. Nawet jeśli pacjent danego dnia czuje się całkiem nieźle, widząc taką reakcję otoczenia, zaczyna podważać własne odczucia.
Taka postawa bliskich zmusza chorego do konfrontacji z wizją własnej śmierci w momentach, w których być może chciałby od niej odpocząć. Rak to nie tylko ból fizyczny, to przede wszystkim ogromne obciążenie psychiczne. „Grobowa mina” gościa sprawia, że pacjent czuje się w obowiązku zachowywać jak osoba umierająca, by nie sprawić zawodu oczekiwaniom otoczenia, co jest niezwykle wyczerpujące.
W naszym mózgu istnieją tzw. neurony lustrzane, które sprawiają, że podświadomie przejmujemy emocje osób, z którymi przebywamy. Jeśli wchodzisz do pokoju chorego z miną pełną smutku i rozpaczy, jego mózg automatycznie zacznie generować podobne stany emocjonalne, pogarszając jego realne samopoczucie.
Jednym z najtrudniejszych aspektów bycia chorym jest konieczność „opiekowania się” emocjami zdrowych gości. Kiedy przychodzimy do kogoś z litością i smutkiem, pacjent często czuje, że to on musi nas pocieszać, zapewniać, że „nie jest tak źle” i uśmiechać się, by rozładować gęstą atmosferę.
Zadawanie pytania „jak się czujesz?” z tragicznym zacięciem stawia chorego pod ścianą. Jeśli odpowie szczerze, że czuje się dobrze, może odnieść wrażenie, że bagatelizuje powagę sytuacji, której gość tak bardzo się boi. Jeśli odpowie, że źle – utwierdzi gościa w rozpaczy. To zjawisko nazywa się często „pracą emocjonalną” i jest ostatnią rzeczą, na którą pacjent onkologiczny ma ochotę tracić energię.
Zamiast litości, pacjenci zazwyczaj potrzebują normalności. Choroba onkologiczna wyrywa człowieka z jego dotychczasowego życia, a kontakt z bliskimi powinien być pomostem do tego, co „zdrowe”. Oto kilka wskazówek, jak zmienić podejście:
Wiele osób chorych na raka przyznaje, że najbardziej cenią tych znajomych, którzy po diagnozie nie zmienili swojego zachowania. Możliwość pogadania o głupotach, wspólne obejrzenie meczu czy nawet drobna sprzeczka o nieistotną rzecz bywają dla pacjenta bardziej terapeutyczne niż najszczersze wyrazy współczucia wypowiedziane szeptem.
Podsumowując, unikanie „grobowej miny” to nie brak szacunku do powagi sytuacji, ale wyraz najwyższego szacunku do życia, które w tym człowieku wciąż tętni. Wsparcie polega na towarzyszeniu, a nie na opłakiwaniu kogoś, kto wciąż jest z nami.