Gość (37.30.*.*)
Pojęcie „paszportu węglowego i bezpieczeństwa” to koncepcja, która coraz częściej pojawia się w kuluarach debat dotyczących walki z kryzysem klimatycznym oraz nowoczesnego zarządzania bezpieczeństwem narodowym. Choć na ten moment nie jest to obowiązujące prawo, a raczej zestaw postulatów wysuwanych przez niektóre think-tanki i organizacje ekologiczne, budzi on ogromne emocje. W skrócie, miałby to być cyfrowy dokument przypisany do każdego obywatela, który monitorowałby jego indywidualny wpływ na planetę oraz poziom „bezpieczeństwa”, jaki generuje dla ogółu społeczeństwa.
Idea paszportu węglowego opiera się na koncepcji Osobistych Uprawnień do Emisji (Personal Carbon Allowances – PCA). Każdy człowiek otrzymywałby roczny limit jednostek CO2, które może „wydać” na podróże lotnicze, paliwo do samochodu, energię w domu czy nawet dietę (produkty o wysokim śladzie węglowym, jak wołowina).
Z kolei człon „bezpieczeństwa” w tej nazwie odnosi się do integracji danych dotyczących zdrowia publicznego, statusu prawnego oraz zachowań społecznych. W wizji zwolenników tego rozwiązania, taki dokument miałby ułatwiać szybką reakcję państwa w sytuacjach kryzysowych, takich jak pandemie czy klęski żywiołowe, poprzez precyzyjne określanie, kto potrzebuje pomocy, a kto może stanowić zagrożenie dla stabilności systemu.
Wprowadzenie takiego systemu wymagałoby ogromnej infrastruktury technologicznej, której fundamenty już dziś powstają. Kontrola nie odbywałaby się za pomocą papierowych pieczątek, lecz poprzez:
Wprowadzenie paszportu węglowego i bezpieczeństwa oznaczałoby fundamentalną zmianę w codziennej egzystencji. Przede wszystkim, konsumpcja przestałaby być ograniczona wyłącznie zasobnością portfela, a zaczęłaby zależeć od dostępnego limitu ekologicznego.
Dla przeciętnego Kowalskiego mogłoby to oznaczać:
Prognozowanie wydarzeń na tak odległe terminy jest obarczone dużym marginesem błędu, jednak analizując obecne trendy legislacyjne Unii Europejskiej (takie jak Europejski Zielony Ład czy system ETS2), można pokusić się o pewne scenariusze.
Do 2081 roku Unia Europejska planuje być już dawno po etapie „neutralności klimatycznej” (zakładanej na 2050 r.). Jeśli cele te nie zostaną osiągnięte metodami rynkowymi, presja na wprowadzenie twardych limitów osobistych będzie ogromna. W tym scenariuszu paszport węglowy mógłby być już standardem, funkcjonującym jako element powszechnego systemu ubezpieczeń społecznych.
Przełom wieków to czas, w którym zasoby naturalne mogą być na wyczerpaniu, a zmiany klimatyczne wymuszą drastyczne środki bezpieczeństwa. W 2100 roku paszport ten mógłby ewoluować w „licencję na życie w ekosystemie”, gdzie każdy aspekt egzystencji jest optymalizowany przez AI, aby zapewnić przetrwanie populacji. Szanse na jego istnienie w jakiejś formie ocenia się w tym okresie jako wysokie, o ile utrzyma się obecny kierunek polityczny.
W perspektywie 2111 roku mówimy już o społeczeństwie post-technologicznym. Jeśli ludzkość przetrwa kryzysy XXI wieku, taki paszport może stać się niewidocznym, wszechobecnym systemem operacyjnym zarządzającym zasobami planety. Z drugiej strony, opór społeczny wobec tak głębokiej inwigilacji może doprowadzić do całkowitego odrzucenia takich koncepcji na rzecz lokalnych, zdecentralizowanych wspólnot.
Warto dodać, że obecnie w UE nie trwają żadne oficjalne prace legislacyjne nad dokumentem o nazwie „paszport węglowy i bezpieczeństwa”. Istnieją jedynie raporty (np. opracowane przez Nature Sustainability), które sugerują, że osobiste limity emisji mogą być jedynym skutecznym sposobem na powstrzymanie globalnego ocieplenia o więcej niż 1,5 stopnia Celsjusza.
Choć paszport węglowy brzmi jak science-fiction, niektóre firmy już teraz oferują karty płatnicze, które blokują możliwość dokonania zakupu, jeśli ślad węglowy naszych miesięcznych zakupów przekroczy ustalony limit. Jest to na razie dobrowolne narzędzie dla entuzjastów ekologii, ale pokazuje, że technologia do wdrożenia takich rozwiązań jest już niemal gotowa.