Gość (37.30.*.*)
Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym Unia Europejska decyduje się na radykalny krok w stronę neutralności klimatycznej i samowystarczalności żywnościowej, wprowadzając sztywne limity wykorzystania gruntów oraz całkowite zakazy dotyczące spalania paliw stałych i użytkowania aut spalinowych. Choć z perspektywy ekologicznej brzmi to jak ambitny plan ratowania planety, w rzeczywistości wywołałoby to lawinę skutków gospodarczych, społecznych i logistycznych, które zmieniłyby życie każdego Europejczyka.
Wprowadzenie odgórnych parytetów na wykorzystanie ziemi to powrót do gospodarki planowanej na poziomie kontynentalnym. Wymóg przeznaczenia 1,2% powierzchni lądowej każdego kraju na nowe zalesienia wydaje się niewielki, ale diabeł tkwi w szczegółach. Dla kraju o powierzchni Polski (ok. 312 700 km²) oznaczałoby to konieczność wyłączenia z dotychczasowego użytkowania ponad 3700 km² terenu.
Z kolei obowiązkowa uprawa soi (0,35%) i ziemniaków (0,1%) miałaby na celu uniezależnienie Europy od importu białka roślinnego (głównie z Ameryki Południowej) oraz zabezpieczenie bazy kalorycznej. Problem pojawia się jednak w geografii. Soja jest rośliną ciepłolubną i o ile kraje południowe poradziłyby sobie z tym wymogiem bez trudu, o tyle państwa skandynawskie czy kraje bałtyckie musiałyby inwestować w kosztowne szklarnie lub odmiany modyfikowane genetycznie, co samo w sobie jest w UE tematem kontrowersyjnym.
Aby lepiej zobrazować skalę, przeliczmy te wartości dla powierzchni Polski, która wynosi około 31 270 000 hektarów (ha).
Zalesienie (1,2%):
$31 270 000 \text{ ha} \times 0,012 = 375 240 \text{ ha}$
To obszar większy niż całe województwo opolskie, który musiałby zostać zamieniony w las.
Uprawa soi (0,35%):
$31 270 000 \text{ ha} \times 0,0035 = 109 445 \text{ ha}$
Obecnie w Polsce uprawia się około 40-50 tys. ha soi, więc musielibyśmy ponad dwukrotnie zwiększyć ten obszar, często kosztem innych zbóż.
Uprawa ziemniaków (0,1%):
$31 270 000 \text{ ha} \times 0,001 = 31 270 \text{ ha}$
W tym przypadku Polska akurat nie miałaby problemu, gdyż obecnie uprawiamy ziemniaki na znacznie większym obszarze (ok. 200 tys. ha). Jednak dla krajów o mniejszej tradycji rolniczej byłaby to rewolucja w strukturze zasiewów.
Całkowity zakaz palenia węglem, koksem, ekogroszkiem, a nawet drewnem, uderzyłby najmocniej w Europę Środkowo-Wschodnią. Drewno, uznawane dotychczas za odnawialne źródło energii (OZE), stałoby się towarem zakazanym w domowych piecach.
Skutki bezpośrednie:
Zakaz użytkowania samochodów spalinowych (nie tylko sprzedaży nowych, ale użytkowania w ogóle) to najbardziej radykalny element tej wizji. W jednej chwili miliony pojazdów stają się bezużytecznym złomem.
Co by się stało?
Warto wiedzieć, że soja, której uprawę UE miałaby nakazać, jest nie tylko źródłem białka. Olej sojowy jest wykorzystywany do produkcji biopaliw, farb drukarskich, a nawet ekologicznych smarów. Zwiększenie jej uprawy w Europie mogłoby więc wspomóc inne gałęzie zielonego przemysłu, choć kosztem bioróżnorodności, jeśli monokultury sojowe zdominowałyby krajobraz.
Połączenie tych wszystkich restrykcji w krótkim czasie doprowadziłoby do gigantycznego szoku podażowego. Ceny energii i żywności poszybowałyby w górę, a mobilność obywateli zostałaby drastycznie ograniczona. Z drugiej strony, w dłuższej perspektywie (kilkudziesięciu lat), Europa mogłaby stać się liderem najnowocześniejszych technologii i kontynentem o najczystszym powietrzu na świecie.
Pytanie brzmi: czy społeczeństwa byłyby w stanie przetrwać okres przejściowy, który wiązałby się z ogromnymi wyrzeczeniami i koniecznością całkowitej zmiany stylu życia? Realizacja takiego planu wymagałaby nie tylko gigantycznych nakładów finansowych (liczonych w bilionach euro), ale przede wszystkim akceptacji społecznej, o którą przy tak radykalnych zmianach byłoby niezwykle trudno.