Gość (188.146.*.*)
Problem parkowania w polskich miastach to temat rzeka, który budzi emocje zarówno u kierowców, jak i pieszych. Z jednej strony mamy rygorystyczne przepisy budowlane, które narzucają deweloperom i inwestorom prywatnym konieczność budowy konkretnej liczby miejsc postojowych. Z drugiej strony, wychodząc na ulicę, często widzimy chodniki zastawione autami tak ciasno, że przejście z wózkiem graniczy z cudem. Ta sprzeczność wynika z nałożenia się na siebie przepisów planistycznych, drogowych oraz realiów egzekwowania prawa.
Wymóg zapewnienia miejsc parkingowych przy nowych inwestycjach nie jest widzimisię urzędników, lecz wynika z dokumentów planistycznych gminy. Najważniejszym z nich jest Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego (MPZP), a w przypadku jego braku – decyzja o Warunkach Zabudowy (tzw. „wuzetka”).
W tych dokumentach określa się tzw. wskaźnik parkingowy. Przykładowo, gmina może wymagać, aby na każde nowo wybudowane mieszkanie przypadało 1,2 lub 1,5 miejsca postojowego. W przypadku domów jednorodzinnych zazwyczaj są to dwa miejsca na jeden lokal mieszkalny. Cel jest prosty: zapobieganie „rozlewaniu się” samochodów z nowych osiedli na okoliczne, publiczne ulice, które i tak są już przeciążone. Gdyby deweloperzy nie mieli tego obowiązku, prawdopodobnie budowaliby same bloki, aby zmaksymalizować zysk, a tysiące nowych mieszkańców szukałoby miejsca na trawnikach i chodnikach w okolicy.
Skoro deweloperzy budują parkingi (często bardzo drogie, w halach garażowych), dlaczego chodniki wciąż są zablokowane? Kluczem jest art. 47 Prawa o ruchu drogowym. W Polsce, w przeciwieństwie do wielu krajów zachodnich, parkowanie na chodniku jest co do zasady dozwolone, o ile:
Problem polega na tym, że te 1,5 metra jest bardzo często ignorowane. Kierowcy parkują „na oko”, a infrastruktura starszych osiedli, budowana w czasach, gdy auto było luksusem, po prostu nie mieści dzisiejszej liczby pojazdów. W efekcie dochodzi do sytuacji, w której nowi mieszkańcy mają swoje miejsca w garażach (za które musieli zapłacić np. 40-60 tys. zł), ale goście lub właściciele starszych aut z okolicy zajmują każdy wolny centymetr chodnika.
To najbardziej frustrujący aspekt dla pieszych. Brak kar wynika z kilku prozaicznych, choć bolesnych przyczyn:
Czy wiesz, że w niektórych miastach na świecie (np. w Londynie czy Berlinie) odchodzi się od wskaźników minimalnych na rzecz... maksymalnych? W centrach miast deweloperzy mają zakaz budowania zbyt wielu miejsc parkingowych. Ma to zachęcić mieszkańców do korzystania z komunikacji miejskiej i rowerów. W Polsce jednak, ze względu na wciąż rozwijającą się sieć transportu zbiorowego, dominują wskaźniki minimalne, które mają chronić przestrzeń publiczną przed całkowitym paraliżem.
Obowiązek zapewnienia miejsc parkingowych przez deweloperów jest próbą cywilizowania przestrzeni, ale bez rygorystycznego egzekwowania zakazów parkowania na chodnikach, problem nie zniknie. Obecnie mamy system „dwóch prędkości”: surowe wymagania dla nowych budynków i dużą pobłażliwość dla tych, którzy łamią przepisy na ulicach.
Rozwiązaniem, które coraz częściej pojawia się w debacie publicznej, jest zmiana przepisów ogólnokrajowych, która całkowicie zakazałaby parkowania na chodniku (chyba że znaki wskazują inaczej), co jest standardem w wielu krajach europejskich. Do tego czasu pozostaje nam zgłaszanie naruszeń przez aplikacje (np. Krajowa Mapa Zagrożeń Bezpieczeństwa) i liczenie na to, że planowanie miejskie zacznie stawiać pieszych na równi z kierowcami.