Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie, że idziesz przez las i słyszysz nie tylko szum liści, ale także ultradźwiękowe sygnały nietoperzy czy niskie pomruki maszyn pracujących kilometry dalej, których ludzkie ucho normalnie nie rejestruje. Choć brzmi to jak scenariusz filmu science-fiction, technologia pozwalająca na rozszerzenie ludzkich zmysłów – w tym słuchu – staje się przedmiotem coraz poważniejszych badań naukowych i eksperymentów w kręgach biohakerów. Odpowiedź na pytanie, czy to możliwe, brzmi: tak, technicznie jest to wykonalne, choć obecnie znajdujemy się dopiero na progu tej rewolucji.
Zanim przejdziemy do "supermocy", warto przyjrzeć się technologii, która już teraz ratuje słuch tysiącom ludzi. Mowa o implantach ślimakowych. W przeciwieństwie do aparatów słuchowych, które po prostu wzmacniają dźwięk, implanty ślimakowe omijają uszkodzone części ucha wewnętrznego i stymulują bezpośrednio nerw słuchowy za pomocą impulsów elektrycznych.
To właśnie ta technologia stanowi bazę dla przyszłych ulepszeń. Skoro potrafimy przekształcić fale dźwiękowe w sygnały elektryczne zrozumiałe dla mózgu, nic nie stoi na przeszkodzie (teoretycznie), aby procesor takiego urządzenia zaprogramować do odbierania częstotliwości wykraczających poza standardowy zakres 20 Hz – 20 000 Hz.
W świecie biohackingu, czyli amatorskiego modyfikowania własnego ciała za pomocą technologii, próby rozszerzenia słuchu trwają od lat. Jednym z najbardziej znanych przykładów jest Rich Lee, który wszczepił sobie w skrawki uszu małe magnesy neodymowe.
Działają one jak podskórne głośniki. Dzięki specjalnej pętli indukcyjnej noszonej na szyi, Lee może przesyłać dźwięk bezpośrednio do swoich uszu. Choć jego głównym celem było słuchanie muzyki bez słuchawek, system ten można połączyć z czujnikami kierunkowymi, licznikami Geigera czy termometrami. W ten sposób użytkownik "słyszy" niewidzialne zjawiska, takie jak natężenie pola magnetycznego czy promieniowanie, co de facto jest nowym rodzajem zmysłu.
Jeśli chcielibyśmy stworzyć profesjonalne urządzenie do słyszenia ultradźwięków (dźwięków o bardzo wysokiej częstotliwości), proces technologiczny wyglądałby następująco:
Największą nadzieją (i dla niektórych obawą) w dziedzinie rozszerzania zmysłów są projekty takie jak Neuralink Elona Muska. Choć obecnie firma skupia się na pomocy osobom z paraliżem, docelowym planem jest stworzenie szerokopasmowego interfejsu mózg-maszyna.
W takim scenariuszu nie potrzebowalibyśmy nawet uszu, aby słyszeć. Dane z zewnętrznych czujników mogłyby być przesyłane bezpośrednio do mózgu. Oznaczałoby to nie tylko słyszenie szerszego spektrum dźwięków, ale także możliwość "pobierania" dźwięku bezpośrednio z internetu lub komunikowania się z innymi użytkownikami chipów drogą "cyfrowej telepatii".
Mimo że technologia wydaje się być w zasięgu ręki, istnieje kilka kluczowych barier:
Istnieje rzadkie zjawisko zwane efektem Freya (słuch mikrofalowy). Ludzie znajdujący się w zasięgu impulsów mikrofalowych o odpowiednich parametrach mogą słyszeć kliknięcia, brzęczenie lub syczenie, które powstają bezpośrednio wewnątrz głowy (poprzez indukowanie fal termoelastycznych w tkankach). To dowód na to, że nasz system nerwowy może reagować na bodźce, których tradycyjne ucho nie przetwarza.
Rozszerzenie zakresu słyszalnych dźwięków za pomocą chipów jest więc nie tylko teoretycznie możliwe, ale stanowi naturalny kierunek rozwoju technologii wspomagających i ulepszających człowieka. Choć dziś to domena eksperymentatorów, za kilka dekad "upgrade" słuchu może być tak powszechny, jak dzisiaj operacja laserowa wzroku.