Gość (83.4.*.*)
Każdy z nas wyznacza sobie w życiu jakieś granice – od drobnych postanowień noworocznych, po fundamentalne wartości moralne. Kiedy jednak publicznie deklarujemy pewne zasady, a potem sami je łamiemy, otoczenie reaguje niemal natychmiastowo i zazwyczaj dość surowo. Dlaczego tak się dzieje? Mechanizm ten jest głęboko zakorzeniony w psychologii społecznej i ewolucji, a negatywne postrzeganie braku konsekwencji ma swoje bardzo konkretne przyczyny.
Zaufanie to waluta, którą posługujemy się w relacjach międzyludzkich. Kiedy ktoś trzyma się swoich zasad, staje się dla nas przewidywalny. Przewidywalność z kolei daje poczucie bezpieczeństwa. Wiemy, czego się po takiej osobie spodziewać, jak zareaguje w trudnej sytuacji i jakie wartości wyznaje.
W momencie, gdy ktoś łamie własne reguły, ta przewidywalność znika. Zaczynamy zadawać sobie pytanie: „Skoro oszukał samego siebie lub złamał własną obietnicę, to co stoi na przeszkodzie, by oszukał mnie?”. Brak spójności między słowami a czynami (tzw. brak integralności) jest sygnałem ostrzegawczym, który podświadomie każe nam zachować dystans.
Nic nie irytuje nas bardziej niż hipokryzja. Jeśli ktoś narzuca standardy innym, a sam się do nich nie stosuje, odbieramy to jako próbę manipulacji lub wywyższania się. Psychologia wskazuje, że oceniamy takie zachowanie surowiej niż zwykłe błędy, ponieważ sugeruje ono, że dana osoba uważa się za stojącą „ponad prawem” lub ponad ustalonymi przez siebie normami.
W relacjach społecznych postrzegamy to jako brak szacunku do otoczenia. Jeśli lider zespołu wymaga punktualności, a sam notorycznie się spóźnia, traci autorytet nie dlatego, że spóźnienie jest zbrodnią, ale dlatego, że jego zachowanie mówi: „Moje zasady są dla was, nie dla mnie”.
Kiedy widzimy kogoś, kto działa wbrew swoim deklaracjom, doświadczamy pewnego rodzaju dyskomfortu psychicznego, zwanego dyssonansem poznawczym. Nasz mózg lubi porządek i logiczne ciągi zdarzeń. Obraz osoby, która mówi „A”, a robi „B”, po prostu nam nie pasuje. Aby pozbyć się tego dyskomfortu, najłatwiej jest nam ocenić taką osobę negatywnie – jako niewiarygodną, słabą lub nieszczerą.
W psychologii istnieje zjawisko znane jako efekt „co z tego”. Często występuje ono u osób na diecie lub rzucających nałóg. Gdy raz złamią swoją zasadę (np. zjedzą jedno ciastko), dochodzą do wniosku, że skoro już „polegli”, to zasady przestały obowiązywać i mogą zjeść całą blachę. Ludzie obserwujący takie zachowanie postrzegają je jako całkowity brak samokontroli, co dodatkowo potęguje negatywną ocenę.
W małych grupach naszych przodków współpraca była kluczem do przetrwania. Osoba, która nie trzymała się ustalonych norm lub własnych deklaracji, mogła stanowić zagrożenie dla całej społeczności. Jeśli myśliwy obiecał pilnować ognia, a potem tego nie zrobił, bo „zmienił zdanie”, narażał wszystkich na niebezpieczeństwo.
Piętnowanie braku konsekwencji było więc mechanizmem obronnym grupy. Dzięki temu promowano jednostki rzetelne i lojalne, a eliminowano (lub marginalizowano) te, na których nie można było polegać. Dzisiejsze krzywe spojrzenie na kogoś, kto łamie własne zasady, to echo tamtych pierwotnych instynktów.
Często nieprzestrzeganie własnych zasad interpretujemy po prostu jako słabość woli. Żyjemy w kulturze, która wysoko ceni dyscyplinę i samokontrolę. Osoba, która ulega chwilowym impulsom kosztem swoich długofalowych wartości, jest postrzegana jako niedojrzała.
Warto jednak pamiętać o rozróżnieniu:
Ciekawym aspektem jest to, że nasza ocena zależy od tego, jak bardzo dana zasada wpływa na innych. Jeśli ktoś obiecał sobie, że będzie biegać rano, a tego nie robi, oceniamy to raczej jako nieszkodliwą słabość. Jeśli jednak ktoś buduje swój wizerunek na byciu osobą ekologiczną, a prywatnie wyrzuca śmieci do lasu, reakcja otoczenia będzie miażdżąca. Im większy rozdźwięk między publicznym wizerunkiem a prywatnym działaniem, tym silniejszy negatywny odbiór.