Gość (188.146.*.*)
Wyobraźmy sobie świat, w którym trawnik przed domem, kora drzew, a nawet pancerze owadów stają się pełnowartościowym posiłkiem. Gdyby ludzki organizm przeszedł tak drastyczną metamorfozę biologiczną, nasze życie, gospodarka i ewolucja zmieniłyby się nie do poznania. Zdolność do rozkładania substancji, które obecnie uznajemy za niejadalne, balastowe lub wręcz toksyczne, uczyniłaby z nas biologiczne „multitoolsy” przetrwania.
Obecnie błonnik jest dla nas jedynie „miotełką” dla jelit, a chityna z krewetek czy grzybów przechodzi przez nas niemal nienaruszona. Gdybyśmy potrafili czerpać z nich energię (nawet skromne 0,5 kcal/g), definicja głodu praktycznie przestałaby istnieć.
Możliwość trawienia alkaloidów, glikozydów czy toksycznej likoryny (obecnej np. w narcyzach) oznaczałaby, że rośliny, które ewolucyjnie wykształciły mechanizmy obronne, stałyby się dla nas bezpiecznym źródłem pożywienia. Escyna z kasztanowca czy gorzkie laktony seskwiterpenowe przestałyby drażnić nasz układ pokarmowy. Z kolei zdolność rozkładu kauczuku naturalnego pozwoliłaby nam teoretycznie czerpać energię z produktów lateksowych, co brzmi jak scenariusz filmu science-fiction, ale w tej hipotetycznej biologii byłoby faktem.
Choć 0,5 kcal na gram wydaje się niewielką wartością w porównaniu do tłuszczu (9 kcal/g) czy węglowodanów (4 kcal/g), w skali całego dnia robi to ogromną różnicę. Przyjrzyjmy się prostym obliczeniom, aby zrozumieć skalę tego zjawiska.
Krok 1: Określenie masy spożytego materiału
Załóżmy, że przeciętny człowiek w nowej rzeczywistości zjada dziennie około 1 kg (1000 g) substancji, które wcześniej były niejadalne (np. trawa, liście, kora, pancerze owadów).
Krok 2: Obliczenie dodatkowej energii
Mnożymy masę przez wartość energetyczną:
~$1000\text{ g} \times 0,5\text{ kcal/g} = 500\text{ kcal}~#$
Wynik: Dzięki samej zdolności trawienia tych substancji, zyskalibyśmy dodatkowe 500 kcal dziennie. To równowartość solidnego obiadu lub około 20-25% całkowitego dziennego zapotrzebowania kalorycznego dorosłego człowieka. W sytuacjach kryzysowych te „darmowe” kalorie decydowałyby o przeżyciu.
Zwiększenie objętości żołądka o około 510 ml to zmiana o ogromnym znaczeniu anatomicznym. Przeciętny ludzki żołądek ma pojemność od 1 do 1,5 litra. Dodatkowe pół litra (wzrost o około 35-50%) byłoby niezbędne, ponieważ pokarmy bogate w błonnik i chitynę mają niską gęstość energetyczną.
Aby uzyskać odpowiednią ilość energii z „trawy i kory”, musielibyśmy przyjmować znacznie większą objętość pokarmu niż obecnie. Większy żołądek pozwoliłby na jednorazowe przyjęcie dużych porcji balastowych, co upodobniłoby nas nieco do przeżuwaczy, choć bez konieczności posiadania czterech komór żołądka.
Ewolucja człowieka poszła w stronę „oszczędności czasu”. Trawienie celulozy (błonnika) jest procesem niezwykle czaso- i energochłonnym. Nasze mózgi potrzebują szybko dostępnej energii (glukozy), dlatego ewolucyjnie postawiliśmy na gotowanie potraw i gęste kalorycznie mięso oraz skrobię, zamiast spędzać 10 godzin dziennie na żuciu liści jak goryle.
Wprowadzenie enzymu spowalniającego proces trawienia o jedną czwartą miałoby dwojakie skutki. Z jednej strony, wolniejsze przesuwanie się treści pokarmowej pozwoliłoby na dokładniejszą ekstrakcję składników odżywczych z trudnych do rozłożenia wiązań chemicznych (jak te w kauczuku czy garbnikach).
Z drugiej strony, wolniejszy metabolizm oznaczałby:
Gdybyśmy potrafili trawić flawonoidy, kwas kawoilochinowy i karczochowy w tak efektywny sposób, rolnictwo przeszłoby rewolucję. Rośliny uznawane za chwasty stałyby się cennymi uprawami.
Podsumowując, człowiek o takiej charakterystyce byłby biologicznym czołgiem – odpornym na toksyny roślinne, zdolnym do przeżycia w niemal każdych warunkach i wykorzystującym zasoby, które natura obecnie przed nami „zamyka”. Nasza dieta stałaby się niezwykle zróżnicowana, a fizjologia – znacznie bardziej wytrzymała, choć kosztem tempa życia i konieczności przyjmowania większych objętościowo posiłków.