Jakie masz pytanie?

lub

Jakie byłyby skutki, gdyby człowiek potrafił trawić błonnik, chitynę, garbniki, saponiny, laktony seskwiterpenowe, kwas kawoilochinowy i cynarynę, likorynę oraz escynę, uzyskując z nich 0,5 kcal/g, a z fitomelatoniny 0,1 kcal/g oraz 0,12 g melatoniny na gram, przy jednoczesnym spowolnieniu trawienia o 50% i dwukrotnie wolniejszym metabolizmie alkoholu, oraz czy taka zmiana byłaby dla nas korzystna?

trawienie błonnika chityny metabolizm roślinnych toksyn skutki zmiany fizjologii
avatar

Gość (188.146.*.*)



Odpowiedź:

Wyobraźmy sobie świat, w którym sałata, kora drzew, pancerze krewetek, a nawet gorzkie, trujące dla innych rośliny stają się pełnowartościowym posiłkiem. Taka zmiana w ludzkiej fizjologii wywróciłaby do góry nogami nie tylko naszą dietę, ale całą gospodarkę, rolnictwo i styl życia. Choć perspektywa pozyskiwania energii z niemal wszystkiego, co zielone, brzmi jak ewolucyjny „superpower”, diabeł tkwi w szczegółach – a konkretnie w chemii i tempie pracy naszego organizmu.

Nowe źródła energii: Błonnik i chityna jako paliwo

Obecnie błonnik traktujemy głównie jako „miotełkę” dla jelit – nie dostarcza nam on bezpośrednio energii, bo nie posiadamy enzymów zdolnych do rozrywania wiązań celulozy. Gdybyśmy jednak potrafili go trawić, uzyskując 0,5 kcal z każdego grama, każda zjedzona roślina stałaby się znacznie bardziej sycąca. Podobnie sprawa wygląda z chityną, z której zbudowane są pancerze owadów i ściany komórkowe grzybów.

Dla przeciętnego człowieka oznaczałoby to, że dieta bogata w warzywa liściaste i grzyby nagle zyskałaby na kaloryczności. Choć 0,5 kcal/g to niewiele w porównaniu do 4 kcal z cukrów czy 9 kcal z tłuszczów, przy dużej objętości spożywanych roślin mogłoby to pomóc w walce z głodem w regionach o ograniczonym dostępie do wysokokalorycznej żywności. Z drugiej strony, w krajach rozwiniętych, gdzie błonnik jest kluczowy w walce z otyłością (właśnie dlatego, że „zapycha”, nie tucząc), taka zmiana mogłaby paradoksalnie utrudnić utrzymanie szczupłej sylwetki.

Trawienie toksyn: Koniec z zatruciami roślinnymi?

Zdolność do rozkładania garbników, saponin, laktonów seskwiterpenowych czy glikozydów takich jak escyna (z kasztanowca) i likoryna (z narcyzów) uczyniłaby nas niemal odpornymi na naturalne mechanizmy obronne roślin.

  • Garbniki i saponiny: To substancje, które nadają roślinom gorzki smak i często wiążą białka, utrudniając ich przyswajanie. Ich trawienie oznaczałoby, że moglibyśmy jeść rośliny, które obecnie uważamy za niejadalne lub paszowe.
  • Cynaryna i kwas kawoilochinowy: Te związki (obecne np. w karczochach) mają świetne działanie prozdrowotne na wątrobę. Ich pełne trawienie i odzyskiwanie z nich energii mogłoby dodatkowo wzmocnić nasze funkcje detoksykacyjne.

Jednakże, rozkładanie tych złożonych cząsteczek wymagałoby ogromnego nakładu pracy ze strony wątroby i trzustki, co w połączeniu ze spowolnionym metabolizmem mogłoby prowadzić do ich przeciążenia.

Pułapka fitomelatoniny: Wieczny sen?

Najbardziej drastycznym skutkiem tej hipotetycznej zmiany byłby sposób, w jaki nasz organizm reagowałby na fitomelatoninę. Założenie, że z 1 grama tej substancji uzyskiwalibyśmy aż 0,12 g (czyli 120 mg) czystej melatoniny, jest wręcz przerażające z medycznego punktu widzenia.

Standardowa dawka melatoniny stosowana w suplementacji to zazwyczaj od 1 do 5 mg. Przyjęcie 120 mg w jednym posiłku to dawka gigantyczna. Melatonina jest hormonem regulującym rytm dobowy. Taka ilość wprowadziłaby organizm w stan głębokiego letargu, powodując ekstremalną senność, zaburzenia koncentracji, a nawet hipotermię i drastyczne obniżenie ciśnienia krwi. Jedzenie roślin bogatych w ten związek (jak pomidory, orzechy czy niektóre zioła) stałoby się czynnością niemal narkotyczną, wyłączającą człowieka z życia społecznego na wiele godzin.

Spowolnione tempo życia i problem z alkoholem

Dwa kolejne parametry – spowolnienie trawienia o 50% oraz dwukrotnie wolniejszy metabolizm alkoholu – zmieniłyby naszą codzienność w sposób fundamentalny:

  1. Długie trawienie: Posiłek jedzony rano byłby trawiony niemal do wieczora. Z jednej strony rzadziej czulibyśmy głód, ale z drugiej – uczucie ciężkości po jedzeniu towarzyszyłoby nam przez większość dnia. Nasza wydajność fizyczna mogłaby spaść, ponieważ organizm byłby stale zajęty energochłonnym procesem rozkładania trudnych wiązań chemicznych (jak chityna czy błonnik).
  2. Pułapka alkoholowa: Dwukrotnie wolniejszy metabolizm alkoholu to przepis na katastrofę. Dehydrogenaza alkoholowa pracowałaby na pół gwizdka, co oznaczałoby, że stan upojenia trwałby znacznie dłużej, a toksyczny aldehyd octowy siałby spustoszenie w organizmie przez wiele godzin. Nawet niewielka ilość alkoholu mogłaby prowadzić do ciężkich zatruć i wielodniowego kaca.

Czy taka zmiana byłaby dla nas korzystna?

Podsumowując wszystkie zyski i straty, odpowiedź brzmi: prawdopodobnie nie.

Choć zyskalibyśmy nowe źródła energii i odporność na niektóre toksyny roślinne, cena byłaby zbyt wysoka. Ekstremalne dawki melatoniny pozyskiwane z pożywienia uczyniłyby nas gatunkiem skrajnie sennym i mało aktywnym. Wolne trawienie i spowolniony metabolizm alkoholu dodatkowo obniżyłyby naszą zdolność do szybkiego reagowania na zmiany w środowisku.

Ciekawostka: W naturze zwierzęta, które trawią błonnik w sposób wysoce efektywny (np. leniwce czy koale), charakteryzują się bardzo niskim tempem metabolizmu i spędzają większość dnia na spaniu lub odpoczynku. Gdybyśmy poszli w ich ślady, nasza cywilizacja, oparta na szybkości i aktywności, musiałaby drastycznie zwolnić.

Współczesny układ pokarmowy człowieka jest ewolucyjnym kompromisem – nie trawimy wszystkiego, ale dzięki temu mamy szybki dostęp do energii z węglowodanów prostych i tłuszczów, co pozwoliło nam rozwinąć energochłonny mózg. Powrót do trawienia wszystkiego „co popadnie” przy tak wolnym tempie procesów życiowych byłby krokiem wstecz w ewolucyjnym wyścigu.

Podziel się z innymi: