Gość (83.4.*.*)
Działalność grupy Anonymous od lat budzi ogromne emocje – od podziwu dla ich walki o wolność słowa, po potępienie za metody, które stosują. Choć członkowie kolektywu często określają się mianem „hacktywistów” (połączenie słów haker i aktywista), prawo patrzy na ich działania znacznie surowiej. Większość operacji przeprowadzanych pod szyldem charakterystycznej maski Guy’a Fawkesa wyczerpuje znamiona przestępstw komputerowych, które w większości krajów, w tym w Polsce, są surowo karane.
Jedną z najpopularniejszych metod stosowanych przez Anonymous są ataki typu DDoS (Distributed Denial of Service). Polegają one na zalaniu serwera danej instytucji tak ogromną liczbą zapytań w tym samym czasie, że system nie wytrzymuje obciążenia i przestaje działać. Z perspektywy prawa jest to klasyfikowane jako utrudnianie dostępu do danych informatycznych lub zakłócanie pracy systemu komputerowego.
Warto pamiętać, że choć taki atak nie zawsze wiąże się z kradzieżą danych, powoduje realne straty finansowe i wizerunkowe. Firmy tracą możliwość obsługi klientów, a instytucje publiczne nie mogą świadczyć usług obywatelom. W polskim Kodeksie karnym (art. 268a) za takie działanie grozi kara pozbawienia wolności do lat 3, a w przypadku wyrządzenia znacznej szkody majątkowej – nawet do 5 lat.
Anonymous wielokrotnie chwalili się „zdobyciem” baz danych rządowych czy korporacyjnych. Z punktu widzenia prawa każde przełamanie zabezpieczeń elektronicznych bez upoważnienia jest przestępstwem. Nie ma znaczenia, czy haker zrobił to, aby obnażyć korupcję, czy dla własnego zysku – sam fakt nielegalnego uzyskania dostępu do informacji (hacking) jest karalny.
Kiedy skradzione dane, takie jak numery kart kredytowych, adresy e-mail czy prywatna korespondencja, trafiają do sieci, dochodzi do kolejnych naruszeń:
Częstym elementem działań grupy jest tzw. defacement. Polega on na podmianie strony głównej witryny internetowej na grafikę lub manifest przygotowany przez hakerów. Choć może się to wydawać niewinnym żartem lub formą protestu, w świetle prawa jest to uszkodzenie danych informatycznych lub zmiana zapisu istotnej informacji. Jest to traktowane podobnie jak malowanie graffiti na budynkach użyteczności publicznej, tyle że w przestrzeni wirtualnej.
Anonymous często stosują doxxing, czyli wyszukiwanie i publikowanie prywatnych informacji o osobach, które uznają za „wrogów ideologicznych”. Może to obejmować adresy zamieszkania, numery telefonów, a nawet dane członków rodziny. Takie działania są uznawane za formę nękania (stalkingu) oraz rażące naruszenie dóbr osobistych. W wielu jurysdykcjach publikowanie takich danych z intencją wyrządzenia komuś krzywdy lub wywołania strachu jest ścigane z urzędu.
Warto wiedzieć, że Anonymous nie jest scentralizowaną grupą z liderem i strukturą. To raczej idea lub marka, pod którą może podpisać się każdy. To sprawia, że działania przypisywane „grupie” są bardzo zróżnicowane – od walki z terroryzmem (np. operacje przeciwko ISIS), przez wspieranie protestów, aż po ataki, które przez wielu uznawane są za czysty cyberwandalizm. Brak struktury sprawia jednak, że organy ścigania mają ogromne trudności z pociągnięciem do odpowiedzialności konkretnych osób.
Mimo że powyższe działania są przestępstwami, wykrywalność sprawców związanych z Anonymous pozostaje stosunkowo niska. Członkowie kolektywu korzystają z zaawansowanych narzędzi anonimizujących, takich jak sieć Tor, VPN-y czy serwery proxy, co skutecznie zaciera ślady ich aktywności. Niemniej jednak, historia zna przypadki spektakularnych aresztowań członków grup takich jak LulzSec (odłam Anonymous), gdzie kluczową rolę odegrała współpraca międzynarodowa służb takich jak FBI czy Interpol oraz... błędy samych hakerów.
Podsumowując, choć motywacje Anonymous często wynikają z chęci walki o wyższe cele, ich metody operacyjne stoją w bezpośredniej sprzeczności z prawem karnym większości państw świata. Granica między aktywizmem a cyberprzestępczością w ich przypadku jest bardzo cienka i często przekraczana.