Gość (37.30.*.*)
Wchodząc do galerii sztuki współczesnej lub filharmonii, wprawne oko i ucho często potrafią bezbłędnie wskazać, z której „stajni” wyszedł dany twórca. Zjawisko to, choć dla postronnego widza może wydawać się ograniczające, jest głęboko zakorzenione w strukturze edukacji artystycznej. Pytanie o to, czy współczesne studia artystyczne faktycznie tłamszą indywidualizm, czy może jedynie dają niezbędne narzędzia do jego późniejszego wyrażenia, od lat dzieli środowiska akademickie i krytyków sztuki.
Mimo upływu wieków, edukacja w zakresie malarstwa, rzeźby czy kompozycji wciąż opiera się na modelu mistrzowskim. System ten wywodzi się z dawnych cechów i warsztatów, gdzie uczeń spędzał lata, kopiując styl nauczyciela, zanim pozwolono mu na samodzielne eksperymenty. Współczesne uczelnie artystyczne, choć deklarują otwartość na nowoczesność, często podświadomie powielają ten schemat.
Profesor na akademii to zazwyczaj uznany artysta z wyrazistym stylem. Student, chcąc uzyskać aprobatę, dobre oceny czy wsparcie w środowisku, naturalnie przejmuje estetykę swojego mentora. Nie zawsze jest to przymus bezpośredni – często to proces osmozy, w którym młody twórca nasiąka sposobem kładzenia farby, doborem harmonii czy metodą obróbki materiału, którą widzi na co dzień w pracowni.
Eksperci potrafią rozpoznać wpływ mistrza, ponieważ nauka rzemiosła artystycznego polega na przekazywaniu konkretnych rozwiązań technicznych. Jeśli profesor kompozycji ma słabość do określonych struktur rytmicznych, jego studenci nauczą się ich jako „poprawnego” sposobu budowania napięcia. Jeśli malarz operuje specyficzną gamą kolorystyczną, uczeń zacznie postrzegać świat przez pryzmat tych samych barw.
To zjawisko nazywa się czasem „manierą pracowni”. Jest to zestaw nawyków warsztatowych, które stają się fundamentem, na którym buduje się dalszą drogę. Problem pojawia się wtedy, gdy fundament ten staje się klatką, a student nie potrafi wyjść poza wyuczone schematy po opuszczeniu murów uczelni.
Choć słowo „tłamszenie” brzmi pejoratywnie, wielu pedagogów uważa, że na etapie studiów jest ono... konieczne. Oto dlaczego:
Z drugiej strony, krytycy słusznie zauważają, że współczesny rynek sztuki i akademizm mogą prowadzić do niebezpiecznej uniformizacji. Negatywne skutki tego zjawiska to przede wszystkim:
W historii sztuki wielu najwybitniejszych twórców zaczynało jako „kopie” swoich mistrzów. Na przykład wczesne prace Rafaela były niemal nieodróżnialne od dzieł jego nauczyciela, Perugina. Dopiero po latach Rafael wypracował styl, który zdominował renesans. To pokazuje, że naśladowanie może być jedynie etapem przejściowym, a nie wyrokiem na brak oryginalności.
Odpowiedź nie jest czarno-biała. To, czy wpływ mistrza ocenimy pozytywnie, czy negatywnie, zależy od tego, co student zrobi z tą wiedzą później. Jeśli studia potraktujemy jako „szkołę przetrwania warsztatowego”, to silny wpływ nauczyciela jest wartością – daje solidne narzędzia. Jeśli jednak studia mają być jedynie przestrzenią nieskrępowanej ekspresji, to narzucanie stylu mistrza jest formą przemocy intelektualnej.
Współczesny świat sztuki coraz częściej premiuje jednak autentyczność. Dlatego najlepsi profesorowie to tacy, którzy potrafią nauczyć techniki, nie zabijając przy tym wrażliwości ucznia. Ostatecznie to na barkach młodego artysty spoczywa ciężar „zabicia mistrza” – czyli symbolicznego odcięcia się od wpływów nauczyciela, by móc w pełni stać się sobą. Bez solidnej bazy, którą daje szkoła, ten bunt byłby jednak często pusty i pozbawiony treści.