Gość (83.4.*.*)
Reforma edukacji z 2017 roku, która zakładała likwidację gimnazjów i powrót do ośmioletniej szkoły podstawowej oraz czteroletniego liceum, do dziś budzi ogromne emocje. Choć zwolennicy zmian argumentowali, że szybkie tempo działania to dowód na determinację i brak lęku przed trudnymi decyzjami, krytycy wskazywali na zupełnie inny aspekt. W edukacji pośpiech rzadko bywa dobrym doradcą, a tempo likwidacji gimnazjów stało się podręcznikowym przykładem na to, jak logistyka i brak przygotowania mogą przyćmić same założenia programowe.
Największym i najbardziej namacalnym skutkiem zbyt szybkiego tempa reformy był tzw. podwójny rocznik. W 2019 roku o miejsca w liceach, technikach i szkołach branżowych ubiegały się jednocześnie dwa roczniki: ostatni absolwenci wygaszanych gimnazjów oraz pierwsi absolwenci ośmioletnich szkół podstawowych.
Dla tysięcy uczniów oznaczało to drastyczny wzrost konkurencji. Nawet bardzo dobre wyniki z egzaminów nie gwarantowały dostania się do wymarzonej szkoły, ponieważ liczba miejsc była ograniczona fizyczną pojemnością budynków. Szkoły średnie musiały radzić sobie z przepełnieniem, co skutkowało wprowadzeniem nauki na zmiany – lekcje w niektórych placówkach kończyły się późnym wieczorem, co negatywnie wpływało na regenerację i czas wolny młodzieży.
Krytyka tempa zmian dotyczyła również warstwy merytorycznej. Przygotowanie nowej podstawy programowej dla wszystkich klas w tak krótkim czasie było zadaniem karkołomnym. Eksperci i nauczyciele alarmowali, że programy są pisane „na kolanie”, niespójne i przeładowane materiałem.
Wprowadzenie zmian z roku na rok nie pozwoliło na przeprowadzenie rzetelnych pilotaży czy konsultacji społecznych. W efekcie nauczyciele zostali rzuceni na głęboką wodę, musząc uczyć według nowych wytycznych, do których często brakowało odpowiednich podręczników lub były one wydawane w ostatniej chwili, zawierając liczne błędy merytoryczne i edytorskie.
Likwidacja gimnazjów wiązała się z ogromnymi przetasowaniami kadrowymi. Nauczyciele zatrudnieni w gimnazjach z dnia na dzień tracili pewność zatrudnienia. Choć rząd zapewniał, że nikt nie straci pracy, w praktyce wielu pedagogów musiało łączyć etaty w kilku różnych placówkach, aby uzbierać pełną liczbę godzin.
Taki tryb pracy, nazywany potocznie „nauczycielem krążącym”, znacząco obniżał jakość nauczania i utrudniał budowanie relacji z uczniami. Trudno o indywidualne podejście do dziecka, gdy nauczyciel spędza w danej szkole tylko kilka godzin tygodniowo i musi natychmiast biec do kolejnej placówki.
Reforma edukacji to nie tylko paragrafy, ale przede wszystkim konkretne budynki. Samorządy, które zaledwie kilkanaście lat wcześniej inwestowały ogromne pieniądze w budowę i nowoczesne wyposażenie gimnazjów, nagle musiały te budynki przekształcać.
Krytyka tempa zmian wynikała z faktu, że gminy i powiaty nie otrzymały wystarczającego czasu ani środków na adaptację infrastruktury. Przekształcenie gimnazjum w szkołę podstawową wymagało np. dostosowania toalet dla młodszych dzieci, wymiany mebli czy stworzenia nowych pracowni przedmiotowych. Pośpiech sprawił, że wiele z tych inwestycji było realizowanych chaotycznie, obciążając lokalne budżety kosztem innych potrzeb mieszkańców.
Warto przypomnieć, że wprowadzenie gimnazjów w 1999 roku miało na celu wyrównywanie szans edukacyjnych między wsią a miastem oraz przedłużenie ogólnego kształcenia młodzieży przed wyborem konkretnego zawodu. Badania PISA (Program Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów) przez lata pokazywały, że polscy gimnazjaliści radzili sobie coraz lepiej na tle rówieśników z innych krajów, co dla wielu ekspertów było dowodem na to, że system ten zaczął w końcu sprawnie funkcjonować.
Ostatnim, ale niemniej ważnym argumentem przeciwko szybkiemu tempu likwidacji gimnazjów, był dobrostan psychiczny uczniów. System edukacji powinien zapewniać stabilność, a gwałtowna reforma wprowadziła atmosferę niepewności. Uczniowie, którzy znaleźli się w samym środku zmian, czuli się często jak „króliki doświadczalne”.
Brak jasnych informacji o zasadach rekrutacji, przeładowane programy i tłok w szkołach potęgowały stres w i tak już trudnym okresie dojrzewania. Krytycy podkreślali, że zmiana strukturalna została postawiona ponad dobrem dziecka, a brak lęku przed zmianami ze strony decydentów przerodził się w brak empatii wobec tych, których ta zmiana dotknęła najbardziej.