Gość (83.4.*.*)
Obraz kobiety w roboczym kombinezonie, z kielnią w ręku, dumnie wznoszącej mury Nowej Huty, stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli polskiego stalinizmu. Jednak ta ikona "kobiety-murarza" przetrwała zadziwiająco krótko. Już w połowie lat 50. XX wieku nastąpił gwałtowny odwrót od tej polityki, a obecność pań na placach budowy zaczęła być postrzegana nie jako sukces emancypacji, lecz jako błąd systemu. Za tą zmianą stał splot czynników ideologicznych, społecznych i demograficznych, które na nowo zdefiniowały rolę kobiety w socjalistycznym społeczeństwie.
Głównym ideologicznym argumentem, który zaczął dominować w połowie lat 50., była konieczność ochrony funkcji prokreacyjnych kobiety. Po okresie forsownej industrializacji, kiedy liczyły się tylko "ręce do pracy", władze zaczęły dostrzegać problem drastycznego spadku dzietności i pogarszającego się stanu zdrowia kobiet pracujących w ciężkich warunkach. Ideologia socjalistyczna dokonała zwrotu: kobieta przestała być postrzegana wyłącznie jako jednostka produkcyjna, a ponownie stała się przede wszystkim matką, która ma wydać na świat nowe pokolenie budowniczych socjalizmu.
W propagandzie zaczęto podkreślać "naturalne różnice psychofizyczne" między płciami. Praca na budowie, wiążąca się z dźwiganiem ciężarów, przebywaniem w pyle i na mrozie, została uznana za szkodliwą dla organizmu kobiecego. To właśnie wtedy, w 1951 roku (z późniejszymi aktualizacjami), wprowadzono oficjalny wykaz prac wzbronionych kobietom, który systematycznie wypychał je z najcięższych sektorów gospodarki, w tym z bezpośredniej pracy przy wznoszeniu murów.
Okres "odwilży" po 1956 roku przyniósł odejście od najbardziej radykalnych form stalinizmu. Władza potrzebowała spokoju społecznego, a ten najlepiej gwarantował tradycyjny model rodziny. Ideolodzy doszli do wniosku, że kobieta pracująca na trzy zmiany na budowie nie jest w stanie stworzyć stabilnego ogniska domowego, co prowadziło do patologii, zaniedbań wychowawczych i ogólnego rozprężenia moralnego.
Zmieniono narrację: teraz sukcesem socjalizmu miało być to, że mężczyzna zarabia na tyle dużo, by kobieta mogła zająć się domem lub pracować w zawodach "lżejszych", bardziej pasujących do jej "natury". Budownictwo stało się domeną mężczyzn, co miało przywrócić hierarchię w rodzinie robotniczej, gdzie ojciec był głównym żywicielem, a matka strażniczką domowego ciepła.
Choć oficjalnie mówiono o ideologii i biologii, za ograniczeniem zatrudnienia kobiet na budowach stały też względy praktyczne, które obnażyły słabość systemu. Państwo nie wywiązało się z obietnic budowy wystarczającej liczby żłobków, przedszkoli i stołówek. Kobiety na budowach zmagały się z tzw. podwójnym etatem – po ośmiu godzinach ciężkiej fizycznej pracy musiały wykonywać wszystkie prace domowe.
W połowie lat 50. stało się jasne, że ten model jest niewydolny. Zamiast dofinansować infrastrukturę opiekuńczą, władze uznały, że łatwiej będzie ideologicznie uzasadnić powrót kobiet do sfery domowej lub do sektorów usługowych i przemysłu lekkiego. Praca na budowie stała się w oczach opinii publicznej symbolem "poniżenia kobiety", a nie jej wyzwolenia.
Warto również zauważyć, że masowe zatrudnianie kobiet w pierwszej połowie lat 50. było w dużej mierze wynikiem ogromnego deficytu rąk do pracy po wojnie oraz konieczności odbudowy kraju ze zniszczeń. Gdy sytuacja demograficzna zaczęła się stabilizować, a do miast napłynęła nowa fala migrantów ze wsi (głównie mężczyzn), kobiety przestały być niezbędne w ciężkim przemyśle.
Względy ideologiczne posłużyły więc jako wygodne narzędzie do uregulowania rynku pracy. Przesunięcie kobiet do biur, handlu czy szkolnictwa pozwoliło zwolnić miejsca na budowach dla mężczyzn, co było zgodne z ówczesnym postrzeganiem prestiżu zawodowego. Budowlaniec miał być "twardzielem", a nie "przodownicą pracy" w chustce na głowie.
Ciekawostką jest fakt, że mimo oficjalnego odwrotu od zatrudniania kobiet na stanowiskach murarzy czy betoniarzy, wciąż chętnie widziano je w branży wykończeniowej. Uważano, że kobiety mają "większe wyczucie estetyki" i "cierpliwość", dlatego przez całe dekady PRL-u to właśnie panie dominowały w ekipach malarskich i tapeciarskich. Był to klasyczny przykład segregacji poziomej na rynku pracy, gdzie ideologia dopasowywała rodzaj zajęcia do rzekomych cech charakteru danej płci.