Gość (83.4.*.*)
Wyobraźmy sobie sekret, który zna tylko dwoje ludzi. Szansa na to, że jedna z tych osób „pęknie” lub przypadkowo wygada się przy kolacji, jest statystycznie niska. A teraz wyobraźmy sobie sekret, w który wtajemniczonych jest dziesięć tysięcy osób – naukowców, urzędników, techników i sprzątaczek. Logika podpowiada, że przy takiej skali utrzymanie czegokolwiek w tajemnicy graniczy z cudem. Mimo to niektórzy teoretycy spiskowi forsują tezę, że im większa grupa zaangażowana w spisek, tym jest on bezpieczniejszy. Dlaczego naukowcy, matematycy i eksperci od bezpieczeństwa łapią się za głowy, słysząc takie argumenty?
Jednym z najsilniejszych kontrargumentów wobec tezy o „bezpieczeństwie w liczbach” jest praca dr. Davida Roberta Grimesa, fizyka z Oxfordu. W 2016 roku opublikował on model matematyczny, który oblicza prawdopodobieństwo ujawnienia spisku w zależności od czasu jego trwania oraz liczby zaangażowanych osób.
Grimes przeanalizował trzy autentyczne, historyczne spiski (m.in. program inwigilacji PRISM ujawniony przez Edwarda Snowdena) i na ich podstawie wyliczył stałą prawdopodobieństwa „sypnięcia”. Wyniki były bezlitosne dla wielkich teorii spiskowych:
Z matematycznego punktu widzenia, aby spisek przetrwał dekadę, liczba wtajemniczonych nie może przekraczać tysiąca osób. Aby przetrwał sto lat – musi to być mniej niż 125 osób.
Teza o bezpieczeństwie masowych spisków zakłada, że tysiące ludzi będą działać jak jeden, idealnie zaprogramowany organizm. W rzeczywistości ludzie są nieprzewidywalni. Im więcej osób bierze udział w projekcie, tym większe prawdopodobieństwo wystąpienia następujących zjawisk:
Zwolennicy tezy o „bezpiecznych masowych spiskach” często argumentują, że strach przed karą trzyma wszystkich w ryzach. Jednak logistyka pilnowania tysięcy ludzi jest niewykonalna. Aby skutecznie uciszyć 10 000 osób, potrzebna byłaby kolejna armia ludzi, która ich pilnuje (którzy sami staliby się wtajemniczeni!).
W przypadku małej grupy (np. 10 osób) łatwo jest monitorować lojalność i szybko reagować na zagrożenia. W przypadku tysięcy osób, rozsianych po różnych krajach, instytucjach i firmach, kontrola przepływu informacji staje się niemożliwa. W dobie internetu, smartfonów i szyfrowanej komunikacji, jeden „whistleblower” (sygnalista) może przesłać dowody na drugi koniec świata w ułamku sekundy.
Projekt Manhattan, czyli prace nad bombą atomową, jest często przywoływany jako przykład „udanego” wielkiego spisku. W szczytowym momencie pracowało przy nim ok. 130 000 osób. Czy udało się go utrzymać w tajemnicy? Absolutnie nie! Mimo ogromnych rygorów bezpieczeństwa, radziecki wywiad infiltrował projekt niemal od samego początku dzięki informacjom od fizyków takich jak Klaus Fuchs. Fakt, że opinia publiczna dowiedziała się o bombie dopiero po Hiroszimie, wynikał z tempa prac, a nie z doskonałego zachowania tajemnicy przez lata.
Skoro logika i matematyka tak brutalnie ją weryfikują, dlaczego teoretycy spiskowi wciąż w nią wierzą? Wynika to z psychologicznego mechanizmu obronnego. Jeśli spisek wymaga udziału tysięcy osób (np. „wszyscy lekarze kłamią”), to łatwiej jest odrzucić wszelkie dowody naukowe jako część manipulacji. Przyznanie, że tak wielki spisek jest niemożliwy do utrzymania, oznaczałoby konieczność zrewidowania całego światopoglądu.
Podsumowując, teza o bezpieczeństwie wielkich spisków jest krytykowana, ponieważ ignoruje fundamentalne zasady statystyki i psychologii społecznej. W świecie rzeczywistym każdy dodatkowy świadek nie wzmacnia muru milczenia, lecz tworzy w nim kolejną szczelinę, która prędzej czy później doprowadzi do zawalenia się całej konstrukcji.