Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie, że każdy z nas ma roczny limit na to, jak bardzo może obciążyć środowisko. Brzmi to trochę jak gra komputerowa, w której masz określoną liczbę punktów energii na dany dzień, ale w tym przypadku stawką jest kondycja naszej planety. Paszport węglowy (lub ekologiczny) to koncepcja osobistego limitu emisji dwutlenku węgla (CO2), który przypadałby na każdego obywatela. Nie jest to dokument, który trzymasz w szufladzie obok dowodu osobistego, ale raczej system cyfrowy, który śledzi Twój wpływ na klimat poprzez codzienne wybory – od tego, co jesz, po to, jak podróżujesz.
Zasada działania jest prosta: państwo lub organizacja międzynarodowa ustala roczną pulę „punktów węglowych” dla każdego człowieka. Każda Twoja aktywność, która wiąże się z emisją gazów cieplarnianych, odejmowałaby punkty z Twojego konta.
Przykładowo:
Gdyby punkty się skończyły, teoretycznie nie mógłbyś dokonać kolejnych „emisyjnych” zakupów lub musiałbyś dokupić dodatkowe uprawnienia od osób, które zużyły ich mniej (np. od kogoś, kto jeździ tylko rowerem i jest wegetarianinem). To stworzyłoby swego rodzaju rynek handlu emisjami, ale na poziomie zwykłego Kowalskiego.
Wprowadzenie takiego systemu to ogromne wyzwanie technologiczne i logistyczne. Kontrola musiałaby odbywać się niemal w czasie rzeczywistym. Najprawdopodobniej paszport węglowy byłby zintegrowany z aplikacją bankową lub cyfrowym portfelem. W momencie płatności kartą, system nie tylko pobierałby pieniądze, ale też sprawdzał, czy masz jeszcze wolny limit CO2.
Czy taka kontrola byłaby łatwa? Z technicznego punktu widzenia – coraz bardziej tak. Żyjemy w świecie, w którym niemal każda transakcja jest cyfrowa, a smartfony śledzą naszą lokalizację. Jednak z punktu widzenia prywatności i biurokracji, byłoby to niezwykle trudne do zaakceptowania dla wielu ludzi. Wymagałoby to stworzenia gigantycznej bazy danych, która musiałaby precyzyjnie wyliczać ślad węglowy każdego produktu na półce sklepowej – od śrubki po bochenek chleba. Obecnie nie mamy tak dokładnych danych dla każdego towaru, więc na ten moment pełna kontrola jest raczej pieśnią przyszłości.
Osoby popierające ten pomysł używają kilku mocnych argumentów, które mają przekonać społeczeństwo do tak radykalnych kroków:
Warto wiedzieć, że samo pojęcie „śladu węglowego” (carbon footprint) zostało spopularyzowane na początku XXI wieku przez koncern paliwowy BP w ogromnej kampanii reklamowej. Miało to na celu przesunięcie odpowiedzialności za zmiany klimatu z wielkich korporacji na barki zwykłych konsumentów. Paszport węglowy jest w pewnym sensie rozwinięciem tej idei, co budzi kontrowersje – krytycy pytają, dlaczego to obywatel ma być pilnowany co do grama emisji, podczas gdy wielki przemysł wciąż operuje na ogromną skalę.
Paszport węglowy pozostaje obecnie w sferze postulatów i teorii. Choć niektóre miasta na świecie testują dobrowolne aplikacje do śledzenia śladu węglowego, do wprowadzenia obowiązkowego „systemu punktowego” droga jest jeszcze bardzo daleka, głównie ze względu na opór społeczny i kwestie ochrony danych osobowych.