Gość (37.30.*.*)
Koncepcja wprowadzenia nowej daniny, nazywanej „opłatą edukacyjną”, w wysokości 5 zł kwoty stałej oraz 2,1% od dochodu dla podatników PIT i CIT, to propozycja, która budzi ogromne emocje. Choć w przestrzeni publicznej regularnie pojawiają się pomysły na dofinansowanie szkolnictwa, należy na wstępie zaznaczyć, że obecnie nie istnieje żaden oficjalny projekt ustawy ani rządowy plan wprowadzający opłatę w takiej konkretnej wysokości. Moja baza wiedzy oraz aktualne dane legislacyjne nie zawierają informacji o procedowaniu takiego rozwiązania przez polski parlament czy Ministerstwo Finansów.
Mimo braku oficjalnych prac nad takim przepisem, sam mechanizm „podatku od wykształcenia” jest ciekawym tematem do analizy ekonomicznej i społecznej. Argumenty przytaczane przez zwolenników i przeciwników takich rozwiązań dotykają fundamentów umowy społecznej.
Głównym filarem propozycji opłaty edukacyjnej jest przekonanie, że wykształcenie nie jest darmowe, lecz sfinansowane przez ogół społeczeństwa. W tym ujęciu państwo traktowane jest jako inwestor, który wykłada środki na naukę obywatela, a ten – po osiągnięciu sukcesu zawodowego – powinien tę inwestycję „spłacić”.
W przypadku podatników PIT argumentacja opiera się na fakcie, że większość osób w Polsce korzysta z publicznego systemu oświaty od przedszkola aż po studia wyższe. Koszt wykształcenia jednego magistra to dla budżetu państwa wydatek rzędu kilkudziesięciu, a czasem nawet ponad stu tysięcy złotych (w zależności od kierunku). Z kolei w przypadku CIT, czyli podatku od firm, argumentem jest korzystanie przez przedsiębiorstwa z „gotowego kapitału ludzkiego”. Firmy nie muszą od zera uczyć pracowników czytania, pisania czy specjalistycznej wiedzy technicznej, bo tę bazę dostarczyło państwo.
Wprowadzenie dodatkowego obciążenia w wysokości 2,1% dochodu obok istniejących już podatków i składek (takich jak składka zdrowotna, która dla wielu przedsiębiorców już teraz jest de facto podatkiem) mogłoby mieć poważne skutki gospodarcze.
Choć model „5 zł + 2,1%” wydaje się autorską lub niszową koncepcją, świat zna różne formy partycypacji obywateli w kosztach nauki. Najpopularniejszym przykładem nie jest jednak podatek, lecz system kredytów studenckich, jak np. w Wielkiej Brytanii.
Tam studenci zaciągają pożyczki na czesne, które spłacają dopiero po przekroczeniu określonego progu zarobków. Jeśli absolwent zarabia mało, nie płaci nic. Jeśli jego kariera się rozwija, system automatycznie pobiera część wynagrodzenia (zazwyczaj ok. 9% nadwyżki nad progiem dochodowym) na poczet spłaty długu edukacyjnego. Różnica polega jednak na tym, że jest to spłata konkretnego zobowiązania zaciągniętego przez jednostkę, a nie powszechny podatek nakładany na wszystkich podatników PIT i CIT.
Według różnych szacunków, koszt wykształcenia dziecka w Polsce od pierwszej klasy szkoły podstawowej do ukończenia studiów magisterskich (przy założeniu korzystania wyłącznie z placówek publicznych) wynosi średnio od 200 do 350 tysięcy złotych. Kwota ta obejmuje nie tylko pensje nauczycieli, ale także utrzymanie budynków, infrastrukturę sportową, pomoce naukowe oraz subwencje oświatowe przekazywane samorządom.
Wprowadzenie opłaty edukacyjnej w proponowanej formie (5 zł + 2,1%) byłoby rewolucją w polskim systemie podatkowym. Z jednej strony mogłoby zapewnić gigantyczny zastrzyk gotówki dla niedofinansowanej oświaty i nauki, z drugiej – mogłoby zostać odebrane jako kara za zdobywanie wykształcenia i prowadzenie biznesu.
Na ten moment pomysł ten pozostaje w sferze teoretycznych rozważań lub postulatów grup, których nie mogę jednoznacznie zidentyfikować jako mających wpływ na obecny proces legislacyjny. Warto jednak śledzić debaty o finansowaniu szkolnictwa wyższego, gdyż problem rosnących kosztów edukacji przy jednoczesnym deficycie budżetowym będzie w najbliższych latach powracał na agendę polityczną.