Gość (83.4.*.*)
Zjawisko, o które pytasz, nie doczekało się jednej, tak medialnej nazwy jak efekt Streisand, ale w socjologii i psychologii mediów istnieje kilka terminów, które idealnie opisują mechanizm masowego powielania kłamstw. Najbliższym odpowiednikiem, opisującym proces, w którym nieprawdziwa informacja zyskuje status „faktu” tylko dlatego, że jest wielokrotnie cytowana, jest efekt Woozle.
Choć efekt Streisand i efekt Woozle działają na nieco innych płaszczyznach, oba łączy siła internetowego echa. W przypadku Streisand próba ukrycia prawdy sprawia, że wszyscy chcą ją poznać. W przypadku Woozle’a, wielokrotne powtarzanie kłamstwa sprawia, że zaczynamy w nie wierzyć, a próby jego sprostowania często tylko pogarszają sytuację.
Nazwa tego zjawiska pochodzi z książki o Kubusiu Puchatku. W jednej z przygód Puchatek i Prosiaczek tropią w lesie tajemnicze zwierzę – Woozle’a. Chodzą w kółko po własnych śladach, a ponieważ z każdym okrążeniem śladów przybywa, są coraz bardziej przekonani, że tropią całe stado groźnych bestii.
W świecie informacji efekt Woozle polega na tym, że jedna osoba publikuje niepotwierdzoną lub zmyśloną informację, a kolejne źródła ją cytują, nie sprawdzając faktów. Po pewnym czasie liczba odniesień do tej informacji jest tak duża, że odbiorcy (a nawet naukowcy czy dziennikarze) uznają ją za udowodnioną prawdę. To klasyczny mechanizm powstawania fake newsów, które „żyją własnym życiem”.
Kiedy mówimy o rozprzestrzenianiu się fałszu, nie sposób pominąć prawa Brandoliniego, znanego również jako „zasada asymetrii bzdury”. Głosi ona, że ilość energii potrzebna do obalenia bzdury jest o rząd wielkości większa niż energia potrzebna do jej wyprodukowania.
To właśnie dlatego fałszywe informacje rozchodzą się szybciej niż efekt Streisand nagłaśnia ukrywane zdjęcia. Stworzenie sensacyjnego, kłamliwego nagłówka zajmuje sekundy. Napisanie rzetelnego sprostowania, opartego na dowodach i badaniach, wymaga godzin pracy, a i tak rzadko osiąga takie zasięgi jak pierwotny fake news.
Z psychologicznego punktu widzenia za sukcesem fałszywych informacji stoi efekt iluzorycznej prawdy. To tendencja do uznawania informacji za prawdziwe tylko dlatego, że są nam znane. Jeśli słyszysz jakąś bzdurę po raz pierwszy, podchodzisz do niej sceptycznie. Jeśli jednak zobaczysz ją na Facebooku, usłyszysz w radiu i przeczytasz w komentarzu pod artykułem, Twój mózg zacznie ją przetwarzać jako coś „prawdopodobnego”. Powtarzalność buduje wiarygodność, nawet jeśli u podstaw leży całkowity fałsz.
Istnieje jeszcze jedno zjawisko, które jest prawdziwym przekleństwem dla osób walczących z dezinformacją: efekt rykoszetu (ang. backfire effect). Badania sugerują, że gdy próbujemy kogoś przekonać, że jego głęboko zakorzenione przekonanie jest błędne, przedstawiając mu twarde dowody, ta osoba może paradoksalnie jeszcze mocniej utwierdzić się w swoim błędzie. Mechanizm obronny mózgu traktuje atak na przekonania jak atak na tożsamość, co sprawia, że walka z fałszywymi informacjami przypomina czasem walkę z hydrą.
W dobie mediów społecznościowych, gdzie algorytmy promują treści budzące emocje (a nic nie budzi ich tak skutecznie jak kontrowersyjny fake news), warto stosować kilka zasad:
Podsumowując, o ile efekt Streisand jest zazwyczaj lekcją dla tych, którzy chcą cenzurować sieć, o tyle efekt Woozle i prawo Brandoliniego to ostrzeżenie dla nas wszystkich jako odbiorców treści. W świecie, gdzie kłamstwo może okrążyć kulę ziemską, zanim prawda zdąży włożyć buty, krytyczne myślenie staje się najważniejszą umiejętnością cyfrową.