Gość (37.30.*.*)
Większość z nas pamięta te chwile z podwórka, kolonii czy szkolnych przerw, kiedy padało hasło: „Cisza na morzu, cisza na lądzie, kto pierwszy się odezwie, ten...”. Choć dla wielu dorosłych te zabawy to po prostu niewinne wspomnienie z dzieciństwa, współczesna psychologia rozwojowa i pedagogika patrzą na nie z dużą dozą sceptycyzmu. Kontrowersje wokół nich nie biorą się z chęci psucia dzieciom zabawy, ale z głębszej analizy tego, jakie mechanizmy społeczne i psychologiczne są w nich promowane.
Głównym powodem, dla którego gry typu „dowódca i podwładni” budzą niepokój specjalistów, jest promowanie sztywnej hierarchii opartej na bezkrytycznym posłuszeństwie. W zabawach, gdzie jedna osoba wydaje polecenia, a reszta musi je wykonywać pod groźbą „przegranej” lub ośmieszenia, dziecko uczy się, że władza daje prawo do naruszania autonomii innych.
W takich warunkach rzadko jest miejsce na negocjacje czy wyrażenie własnego zdania. Dla dziecka, które pełni rolę wydającego rozkazy, może to być lekcja dominacji, która w przyszłości przełoży się na trudności w budowaniu partnerskich relacji. Z kolei dzieci stale przyjmujące rolę wykonawców uczą się, że ich komfort i granice są mniej ważne niż zasady narzucone przez kogoś silniejszego lub bardziej przebojowego.
Zabawa w „Pytanie czy wyzwanie” jest szczególnie kontrowersyjna, zwłaszcza w grupach nastolatków. Choć teoretycznie każdy bierze w niej udział dobrowolnie, w praktyce działa tu silna presja grupy. Jeśli dziecko odmówi wykonania zadania, które jest dla niego upokarzające lub niebezpieczne, ryzykuje „wykluczenie z kręgu” lub zostanie nazwane tchórzem.
Psycholodzy podkreślają, że takie gry uczą dzieci ignorowania własnego instynktu i sygnałów płynących z ciała. Zamiast uczyć asertywności, „Pytanie czy wyzwanie” często promuje zachowania ryzykowne i przekraczanie intymnych barier tylko po to, by zadowolić rówieśników. To prosta droga do wykształcenia mechanizmu, w którym akceptacja społeczna jest stawiana wyżej niż własne bezpieczeństwo i wartości.
Zwolennicy zabawy w „Ciszę na morzu” argumentują, że uczy ona samokontroli i panowania nad emocjami. Jednak krytycy wskazują na drugą stronę medalu: często jest to narzędzie używane przez dorosłych (lub starsze dzieci) do uciszenia grupy w sposób arbitralny.
W tej zabawie cisza nie jest wynikiem zrozumienia potrzeby spokoju, ale strachu przed byciem tym „gorszym”, który pierwszy przerwie milczenie. Pedagogika podpowiada, że znacznie cenniejszą lekcją jest nauka uważności i komunikacji, a nie wymuszona pasywność. Dziecko, które milczy tylko dlatego, że „takie są zasady gry”, nie uczy się szacunku do ciszy, a jedynie unikania kary lub negatywnej uwagi.
Wielu ekspertów uważa, że te zabawy nie wnoszą nic konstruktywnego do rozwoju dziecka, ponieważ:
W psychologii istnieje pojęcie „konformizmu informacyjnego”. Dzieci w zabawach grupowych często przejmują zachowania lidera nie dlatego, że uważają je za dobre, ale dlatego, że zakładają, iż grupa wie lepiej. Gry oparte na poleceniach wzmacniają ten mechanizm, co w późniejszym wieku może utrudniać podejmowanie samodzielnych, etycznych decyzji wbrew opinii większości.
Zamiast gier opartych na dominacji, pedagodzy promują zabawy kooperacyjne, w których sukces grupy zależy od współpracy wszystkich uczestników. W takich grach nie ma jednego „pana i władcy”, a zasady są ustalane wspólnie. Uczy to dzieci negocjacji, empatii i brania odpowiedzialności za wspólny cel, co jest znacznie cenniejszą lekcją na przyszłość niż umiejętność bezgłośnego siedzenia czy wykonywania dziwnych zadań na rozkaz rówieśnika.