Gość (37.30.*.*)
Różnice w podejściu do nagości, seksu czy tematów intymnych są tak stare, jak sama ludzkość. Zapewne znasz osoby, które bez skrępowania opowiadają o swoich miłosnych podbojach, oraz takie, dla których samo słowo „seks” wywołuje rumieńce i chęć zmiany tematu. To zjawisko jak najbardziej istnieje i jest przedmiotem badań psychologów, socjologów, a nawet biologów. Nie jest to kwestia „lepszego” czy „gorszego” charakteru, ale skomplikowana układanka wielu czynników, które kształtują naszą dorosłą tożsamość.
W psychologii rzadko używa się słowa „pruderia”, ponieważ ma ono zabarwienie oceniające. Zamiast tego badacze mówią o orientacji socjoseksualnej. Jest to koncepcja opisująca różnice indywidualne w gotowości do angażowania się w kontakty seksualne bez zobowiązań oraz ogólny poziom swobody w sferze intymnej.
Osoby o „ograniczonej” socjoseksualności zazwyczaj preferują bliskość emocjonalną przed fizyczną i są bardziej powściągliwe. Z kolei osoby o „nieograniczonej” socjoseksualności czują się swobodnie z seksem rekreacyjnym i chętniej o nim rozmawiają. To zjawisko jest realne, mierzalne i występuje w każdej kulturze, choć jego nasilenie może się różnić.
Pierwszym i najważniejszym czynnikiem jest tzw. socjalizacja seksualna. To, jak nasi rodzice reagowali na pytania o ciało, czy w domu nagość była naturalna, czy raczej ukrywana pod grubą warstwą wstydu, ma kolosalne znaczenie.
Psychologia osobowości wskazuje na model „Wielkiej Piątki”, w którym jednym z głównych wymiarów jest Otwartość na doświadczenie. Osoby z wysokim wynikiem w tej skali są z natury ciekawe świata, chętniej eksperymentują (nie tylko w łóżku, ale i w kuchni czy podróżach) i rzadziej kierują się sztywnymi konwenansami.
Z kolei osoby o wysokim poziomie neurotyczności mogą wykazywać większą pruderię ze względu na lęk przed oceną, lęk przed odrzuceniem lub ogólny niepokój związany z sytuacjami, których nie mogą w pełni kontrolować.
Badania nad bliźniętami sugerują, że nasze podejście do seksualności może być w pewnym stopniu dziedziczne. Szacuje się, że geny odpowiadają za około 40-50% różnic w orientacji socjoseksualnej. Reszta to środowisko i własne doświadczenia.
Nie żyjemy w próżni. To, w jakim kraju i społeczności dorastamy, drastycznie wpływa na nasz poziom „otwartości”. Religie monoteistyczne często promują skromność i powściągliwość, co dla wielu osób staje się naturalnym kompasem moralnym.
Warto też zwrócić uwagę na zjawisko podwójnych standardów płciowych. Choć to się zmienia, w wielu kulturach mężczyźni są wręcz zachęcani do bycia „otwartymi” i dumnymi ze swojej seksualności, podczas gdy kobiety za te same postawy bywają oceniane surowo. To sprawia, że wiele kobiet może maskować swoją naturalną otwartość, przybierając maskę pruderii, aby uniknąć społecznego ostracyzmu.
Nie można zapominać o tym, co spotkało nas w trakcie dorastania. Pozytywne pierwsze doświadczenia seksualne i relacyjne sprzyjają otwartości. Z kolei trudne przeżycia, zawody miłosne czy – w najgorszym przypadku – nadużycia, mogą sprawić, że człowiek „zamyka się” w sobie. Pruderia może być wtedy mechanizmem obronnym, murem, który ma chronić przed ponownym zranieniem lub poczuciem bezbronności.
Wiele osób zastanawia się, czy bycie pruderyjnym lub ekstremalnie otwartym to „wyrok” na całe życie. Odpowiedź brzmi: nie. Nasza seksualność i podejście do intymności są płynne.
Zjawisko różnic w otwartości jest więc fascynującą mozaiką. Zamiast oceniać kogoś jako „sztywniaka” lub „wyzwolonego”, warto pamiętać, że pod tymi postawami kryją się lata doświadczeń, wychowania i unikalnej konstrukcji psychicznej każdego z nas.