Gość (83.4.*.*)
Każdy z nas przynajmniej raz w życiu poczuł ten dreszcz niepokoju, otwierając list polecony z urzędu. Choć tekst jest napisany bez błędów ortograficznych czy interpunkcyjnych, po przeczytaniu pierwszej strony często nadal nie wiemy, co właściwie mamy zrobić. To zjawisko nazywamy barierą komunikacyjną, a wynika ono z faktu, że poprawność językowa nie zawsze idzie w parze z komunikatywnością. Język urzędowy, potocznie zwany „urzędasami”, rządzi się swoimi specyficznymi prawami, które dla przeciętnego obywatela bywają niezrozumiałe.
Głównym powodem, dla którego pisma urzędowe są tak trudne w odbiorze, jest dążenie do maksymalnej precyzji. Urzędnicy i prawnicy operują terminami zdefiniowanymi w konkretnych ustawach. Z ich perspektywy użycie potocznego zamiennika mogłoby zmienić moc prawną dokumentu lub otworzyć furtkę do nadinterpretacji.
Niestety, ta dbałość o szczegóły prowadzi do tworzenia zdań wielokrotnie złożonych, w których podmiot gubi się gdzieś między trzecim a czwartym przecinkiem. Dla urzędnika priorytetem jest bezpieczeństwo prawne decyzji, a nie to, czy adresat przeczyta ją z przyjemnością. W efekcie otrzymujemy tekst, który jest „pancerny” pod względem prawnym, ale kompletnie nieczytelny dla człowieka.
Jedną z największych bolączek pism z instytucji publicznych jest nadużywanie tzw. nominalizacji, czyli zamieniania czasowników na rzeczowniki odczasownikowe. Zamiast napisać „proszę uzupełnić wniosek”, urzędnik napisze „zachodzi konieczność dokonania uzupełnienia przedmiotowego wniosku”.
Dlaczego tak się dzieje?
Taki sposób pisania sprawia, że tekst staje się statyczny i ciężki. Czasownik to akcja, a rzeczownik to stan – nadmiar stanów w tekście sprawia, że mózg szybciej się męczy i przestaje wyłapywać sens komunikatu.
W pismach urzędowych rzadko spotkamy konstrukcję „zrobiliśmy” lub „zrobiłem”. Króluje strona bierna: „zostało rozpatrzone”, „podjęto decyzję”, „ustalono, co następuje”. To sprawia, że tekst staje się anonimowy. Czytelnik ma wrażenie, że nie koresponduje z człowiekiem, lecz z bezduszną maszyną.
Z punktu widzenia psychologii komunikacji, brak wyraźnego sprawcy czynności utrudnia budowanie zaufania. Jeśli nie wiemy, kto konkretnie podjął decyzję, czujemy się zagubieni w biurokratycznym labiryncie.
Czy wiesz, że istnieje narzędzie do mierzenia przystępności tekstu? To tzw. Indeks FOG. Oblicza on, ile lat edukacji potrzebuje czytelnik, aby zrozumieć dany tekst za pierwszym razem. Większość pism urzędowych w Polsce osiąga wyniki powyżej 15-18 punktów, co oznacza, że do ich zrozumienia teoretycznie potrzebne jest wyższe wykształcenie. Dla porównania, popularne portale informacyjne celują w wynik około 8-10.
Kolejnym grzechem pism urzędowych jest tzw. watowanie, czyli używanie zbędnych słów, które nic nie wnoszą do treści, ale sprawiają, że pismo wygląda na „poważniejsze”. Przykłady?
Gdy dodamy do tego wspomnianą wcześniej skomplikowaną składnię, otrzymujemy tekst, w którym kluczowa informacja (np. termin zapłaty lub data spotkania) jest ukryta pod grubą warstwą biurokratycznej nowomowy.
Dobra wiadomość jest taka, że coraz więcej instytucji w Polsce zauważa ten problem. Powstają specjalne działy zajmujące się „prostym językiem” (ang. Plain Language). Urzędy skarbowe, ZUS czy niektóre ministerstwa zaczynają szkolić pracowników z tego, jak pisać po ludzku.
Zasady prostego języka są proste:
Mimo że proces ten jest powolny, bo wymaga zmiany wieloletnich nawyków i często mentalności, widać pierwsze efekty. Pisma stają się krótsze, a najważniejsze dane są często pogrubione lub umieszczone w ramkach. Zanim jednak prosty język stanie się standardem, pozostaje nam uzbroić się w cierpliwość i – w razie potrzeby – prosić o wyjaśnienie zawiłych sformułowań bezpośrednio u źródła.