Gość (37.30.*.*)
Język jest tworem żywym, który nieustannie ewoluuje, dostosowując się do potrzeb osób nim mówiących. Gdyby polszczyzna poszła w stronę radykalnej systematyzacji opartej na tożsamościach i rolach (takich jak wspomniana „osoba rodzicielska”), nasza gramatyka musiałaby przejść gruntowną reformę. Konstrukcje typu „Ja teraz osobo robu” sugerują odejście od tradycyjnych końcówek na rzecz nowego, spójnego schematu opartego na samogłosce „u”.
Zastanówmy się, jak mogłaby wyglądać taka odmiana w czasie teraźniejszym, gdybyśmy przyjęli ten model za obowiązującą normę. Poniżej przedstawiam logiczną rekonstrukcję takiego systemu.
W Twoim przykładzie czasownik „robić” zamienia się w formę „robu”. To ciekawe zjawisko, ponieważ w obecnej polszczyźnie końcówka „-u” jest zarezerwowana głównie dla dopełniacza rzeczowników męskich (np. „domu”) lub wołacza. Wprowadzenie jej do czasowników w czasie teraźniejszym stworzyłoby system niezwykle regularny, niemal matematyczny, przypominający nieco języki sztuczne, takie jak esperanto.
W takim modelu rola społeczna lub tożsamość („osobo rodzicielsko”) staje się swego rodzaju modyfikatorem, a czasownik przyjmuje stały rdzeń z nową końcówką.
Jeśli przyjmiemy, że pierwsza osoba kończy się na „-u”, możemy założyć, że pozostałe osoby będą podążać tym samym śladem, aby zachować spójność systemu.
Liczba mnoga musiałaby naturalnie rozwijać ten schemat, aby użytkownicy języka mogli łatwo odróżnić, o ilu osobach mowa.
| Osoba | Liczba pojedyncza | Liczba mnoga |
|---|---|---|
| 1. (ja / my) | -u (robu) | -umy (robumy) |
| 2. (ty / wy) | -uś (robuś) | -ucie (robucie) |
| 3. (on, ona, osoba / oni, osoby) | -u (robu) | -uń (robuń) |
Aby sprawdzić, czy system działa, warto podstawić inne popularne słowa. Spójrzmy na czasownik „czytać” oraz „pisać”:
Czytać:
Pisać:
Taki system drastycznie upraszcza polską koniugację, która obecnie dzieli się na kilka grup (np. koniugacja -am, -asz; -em, -esz; -ę, -isz/-ysz). W Twoim modelu wszystkie czasowniki zrównałyby się do jednej, uniwersalnej formy.
W lingwistyce istnieje pojęcie „ekonomii języka”. Polega ona na tym, że użytkownicy dążą do maksymalnego uproszczenia form przy zachowaniu pełnej zrozumiałości. Twój model „osobo... robu” jest doskonałym przykładem takiej tendencji. Zamiast uczyć się dziesiątek wyjątków, mielibyśmy jedną końcówkę dla każdego czasownika. Choć dla dzisiejszego ucha brzmi to obco, wiele języków (np. afrikaans) przeszło właśnie taką drogę – od skomplikowanych odmian do niemal całkowitego ich zaniku na rzecz stałych form.
Wprowadzenie tak radykalnych zmian w języku ogólnym jest mało prawdopodobne w krótkim czasie, ale w grupach społecznych tworzących własne żargony lub tzw. „socjolekty”, takie konstrukcje pojawiają się regularnie. Często służą one podkreśleniu przynależności do danej grupy lub manifestacji określonych wartości (np. inkluzywności).
Gdyby polszczyzna faktycznie wypracowała taki schemat, stałaby się językiem znacznie bardziej analitycznym, gdzie znaczenie płynie nie z samej końcówki, a z kontekstu i towarzyszących rzeczowników (takich jak „osobo”). To fascynująca wizja języka, który staje się bardziej przewidywalny i inkluzywny w swojej strukturze.