Gość (37.30.*.*)
Temat protokołów internetowych zazwyczaj kojarzy nam się z przejściem z wysłużonego IPv4 na nowoczesny IPv6. Pojawienie się pytania o IPv7 może wydawać się logicznym krokiem naprzód – skoro był numer 4 i 6, to czas na 7, prawda? Rzeczywistość jest jednak nieco bardziej skomplikowana, a sam protokół IPv7 to postać niemal mityczna w świecie sieci. Aby zrozumieć, jak wpłynąłby on na Internet, musimy najpierw wyjaśnić, czym tak naprawdę jest i dlaczego prawdopodobnie nigdy nie zobaczymy go w powszechnym użyciu.
Warto zacząć od tego, że IPv7 nie jest oficjalnym następcą IPv6. W historii rozwoju Internetu istniało wiele propozycji nowych protokołów, które miały rozwiązać problem kończących się adresów IPv4. IPv7 był jedną z takich propozycji, znaną jako TP/IX (RFC 1475), zaprezentowaną na początku lat 90. XX wieku. Projekt ten zakładał zmianę struktury adresowania i nagłówków, ale ostatecznie to IPv6 (wcześniej znany jako IPng – IP Next Generation) został wybrany jako globalny standard.
Gdybyśmy dziś teoretycznie zdecydowali się na "przeskok" na IPv7, oznaczałoby to konieczność porzucenia obecnego kierunku rozwoju (IPv6) na rzecz zupełnie nowej architektury. W praktyce IPv7 w formie, w jakiej go proponowano, jest dziś technologicznie przestarzały w porównaniu do tego, co oferuje nam IPv6.
Głównym powodem tworzenia nowych wersji protokołu IP jest brak wolnych adresów. IPv4 oferuje około 4,3 miliarda adresów, co w dobie miliardów smartfonów i urządzeń IoT (Internet of Things) jest krokiem w stronę cyfrowego paraliżu. IPv6 rozwiązał ten problem w sposób niemal niewyobrażalny – oferuje on ~$2^{128}~#$ adresów.
Aby uzmysłowić sobie tę skalę, warto spojrzeć na liczby. IPv6 pozwala na nadanie adresu każdemu atomowi na powierzchni Ziemi i wciąż zostałoby nam ich wystarczająco dużo, by obsłużyć kolejne kilkaset takich planet. Wprowadzenie IPv7 z jeszcze większą przestrzenią adresową nie miałoby obecnie żadnego praktycznego uzasadnienia. To tak, jakbyśmy budowali autostradę o szerokości miliona pasów, gdy na świecie jest tylko tysiąc samochodów.
Gdyby jednak świat zdecydował się na wdrożenie hipotetycznego, nowoczesnego protokołu IPv7, skutki dla Internetu byłyby gigantyczne i – co tu dużo mówić – dość problematyczne:
Każdy router, serwer, smartfon i lodówka z Wi-Fi musiałaby wspierać nowy standard. Przejście z IPv4 na IPv6 trwa już ponad dwie dekady i wciąż nie dobiegło końca. Wprowadzenie kolejnego standardu (IPv7) wywołałoby ogromny chaos techniczny i finansowy.
Internet opiera się na tym, że urządzenia "rozmawiają" tym samym językiem. Wprowadzenie trzeciego gracza (obok IPv4 i IPv6) wymagałoby stosowania skomplikowanych mechanizmów tunelowania i translacji adresów, co spowolniłoby przesyłanie danych i zwiększyło awaryjność sieci.
Hipotetyczny IPv7 mógłby teoretycznie wprowadzić jeszcze lepsze mechanizmy szyfrowania na poziomie samej warstwy sieciowej (podobnie jak robi to IPsec w IPv6, ale w sposób bardziej zintegrowany). Mogłoby to utrudnić ataki typu Man-in-the-Middle czy spoofing, ale te same cele można osiągnąć poprzez aktualizację istniejącego IPv6.
Skoro mamy IPv4 i IPv6, to co z piątką? IPv5 istniał, ale nigdy nie był przeznaczony do bycia następcą IPv4 w ogólnym sensie. Był to Internet Stream Protocol (ST), opracowany do eksperymentalnego przesyłania głosu i wideo w czasie rzeczywistym. Choć technologia ta położyła podwaliny pod dzisiejszy streaming i usługi VoIP, sam numer "5" został zarezerwowany dla tego konkretnego projektu, dlatego kolejny ogólny protokół musiał otrzymać numer 6.
Obecnie cała uwaga inżynierów skupia się na pełnej adopcji IPv6. Protokół ten jest wystarczająco elastyczny, by obsłużyć rozwój Internetu przez najbliższe setki lat. Wprowadzenie IPv7 nie przyniosłoby dziś żadnych wymiernych korzyści, których nie moglibyśmy osiągnąć w ramach obecnych standardów.
Zamiast rewolucji w numeracji, czekają nas raczej ewolucje wewnątrz IPv6 – lepsza optymalizacja pod kątem sieci 5G i 6G, niższe opóźnienia w komunikacji satelitarnej oraz jeszcze lepsza integracja z urządzeniami typu "smart". IPv7 pozostanie jedynie ciekawym przypisem w historii informatyki, przypominającym o czasach, gdy przyszłość Internetu była jeszcze wielką niewiadomą i każdy mógł zaproponować swoją wizję cyfrowego świata.