Gość (37.30.*.*)
Zastanawiając się nad tym, dlaczego nasze ciało reaguje gwałtownym skurczem gardła w najmniej odpowiednich momentach – na przykład podczas wizyty u dentysty czy szczotkowania zębów – łatwo dojść do wniosku, że natura spłatała nam figla. Jednak z perspektywy biologii i tysięcy lat rozwoju naszego gatunku, odruch wymiotny (technicznie nazywany odruchem gardłowym) jest jednym z najbardziej genialnych systemów bezpieczeństwa, jakie wypracowała ewolucja. To nie błąd w kodzie, ale zaawansowany „bezpiecznik”, który wielokrotnie ratował życie naszym przodkom.
Odruch wymiotny to automatyczna reakcja obronna organizmu, która ma na celu zapobieganie przedostaniu się ciał obcych do dróg oddechowych oraz ochronę przed połknięciem substancji potencjalnie toksycznych. Kiedy tylna część podniebienia miękkiego, okolice migdałków lub tylna ściana gardła zostaną podrażnione, sygnał błyskawicznie wędruje nerwem językowo-gardłowym do pnia mózgu. W odpowiedzi mózg wysyła sygnał do mięśni gardła, aby te gwałtownie się skurczyły, wypychając intruza na zewnątrz.
Z punktu widzenia ewolucji, ten mechanizm jest absolutnie kluczowy. Nasi przodkowie nie mieli dostępu do sterylnej żywności ani instrukcji obsługi „co jest jadalne, a co nie”. Odruch wymiotny był pierwszą linią obrony przed zadławieniem się zbyt dużym kęsem mięsa czy połknięciem trującego owocu, który drażnił śluzówkę swoim składem chemicznym.
Aby zrozumieć, dlaczego odruch wymiotny jest sukcesem, warto spojrzeć na statystyki przetrwania. Osobniki, które posiadały sprawny mechanizm usuwania niebezpiecznych przedmiotów lub substancji z gardła, miały znacznie większe szanse na dożycie wieku rozrodczego.
Ciekawostką jest fakt, że nie wszystkie zwierzęta posiadają ten mechanizm w takiej formie jak my. Na przykład szczury nie potrafią wymiotować ani nie mają klasycznego odruchu wymiotnego, co czyni je niezwykle podatnymi na trutki. Muszą one polegać na bardzo ostrożnym próbowaniu nowego pokarmu (tzw. neofobia pokarmowa), by sprawdzić, czy im nie zaszkodzi. My, dzięki odruchowi wymiotnemu, mamy „wentyl bezpieczeństwa”, który pozwala na większą elastyczność w diecie.
Skoro to taki świetny mechanizm, dlaczego bywa tak uciążliwy? Problem nie leży w samym odruchu, ale w jego nadwrażliwości. U niektórych osób próg pobudzenia jest ustawiony bardzo nisko. Może to wynikać z czynników genetycznych, traumatycznych doświadczeń z dzieciństwa (np. zakrztuszenie się) lub problemów zdrowotnych, takich jak refluks żołądkowo-przełykowy, który stale drażni gardło kwasem solnym.
W psychologii mówi się również o komponencie lękowym. Mózg potrafi „nauczyć się”, że pewne sytuacje (jak fotel dentystyczny) są zagrożeniem, i profilaktycznie aktywuje odruch wymiotny, by „zamknąć bramę”. To zjawisko pokazuje, jak silnie ten atawistyczny mechanizm jest połączony z naszym instynktem przetrwania.
Mimo że jest to cecha pożądana ewolucyjnie, w nowoczesnym świecie – gdzie nie musimy już obawiać się połknięcia jadowitego pająka podczas snu – bywa ona zbędna. Medycyna i stomatologia znają sposoby na oszukanie tego systemu. Stosuje się znieczulenia miejscowe w sprayu, techniki oddechowe (oddychanie przez nos wycisza odruch) czy nawet akupresurę (ściskanie kciuka wewnątrz dłoni).
Warto jednak pamiętać, że całkowity brak odruchu wymiotnego jest uznawany za objaw chorobowy i może świadczyć o uszkodzeniu nerwów czaszkowych. To kolejny dowód na to, że ten „irytujący” odruch jest nam niezbędny do prawidłowego funkcjonowania.
U niemowląt odruch wymiotny jest przesunięty znacznie bardziej do przodu języka niż u dorosłych. Jest to genialne zabezpieczenie ewolucyjne na etapie, gdy dziecko uczy się jeść pokarmy stałe i nie ma jeszcze pełnej kontroli nad przełykaniem. Z czasem, wraz z rozwojem jamy ustnej, strefa wyzwalająca odruch przesuwa się w głąb gardła. Gdyby nie to „przewrażliwienie” w niemowlęctwie, nauka jedzenia byłaby znacznie bardziej niebezpieczna.