Gość (37.30.*.*)
Bielizna w czasach PRL-u była tematem pełnym kontrastów. Z jednej strony kojarzy się z szarością i brakami na półkach, z drugiej – z niezwykłą trwałością materiałów, które potrafiły przetrwać dekady. Choć dzisiejsze sklepy kuszą koronkami i jedwabiami, ówczesna produkcja stawiała przede wszystkim na funkcjonalność i surowce, które były dostępne w ramach gospodarki planowej. Najczęściej spotykana biała bielizna była produkowana z kilku kluczowych materiałów, które do dziś budzą wspomnienia u wielu osób.
Podstawą codziennej garderoby w PRL-u była bawełna. To właśnie z niej powstawały kultowe podkoszulki na ramiączkach, męskie slipy oraz damskie figi, często o dość wysokim stanie. Najbardziej charakterystycznym splotem była tzw. dzianina ściągaczowa (prążkowana). Dzięki niej ubrania były elastyczne, mimo że nie dodawano do nich wtedy powszechnie elastanu czy lycry.
Bawełna używana w tamtym okresie była zazwyczaj grubsza i bardziej surowa niż ta, którą znamy dzisiaj. Miało to swoje zalety – bielizna była niezwykle odporna na wielokrotne pranie w wysokich temperaturach. A pranie było procesem wymagającym, ponieważ białe rzeczy często „gotowano” w wielkich garach na kuchni, aby pozbyć się zabrudzeń i zdezynfekować materiał.
Jeśli mowa o bieliźnie nieco bardziej „wyjściowej” lub damskich halkach, niekwestionowanym liderem był jedwab wiskozowy. Choć nazwa brzmi luksusowo, jest to włókno sztuczne pochodzenia naturalnego (wytwarzane z celulozy drzewnej). Materiał ten był niezwykle popularny ze względu na swoje właściwości: był chłodny w dotyku, śliski, świetnie przepuszczał powietrze i nie elektryzował się tak bardzo jak czyste syntetyki.
Halki z jedwabiu wiskozowego, często wykończone prostą koronką, były obowiązkowym elementem pod sukienkę lub spódnicę. Co ciekawe, polskie zakłady, takie jak „Mewa” w Biłgoraju, wyspecjalizowały się w produkcji tego materiału tak dobrze, że ich wyroby cieszyły się uznaniem nie tylko w kraju, ale i na eksport.
Lata 60. i 70. przyniosły fascynację nowoczesnością, co w przemyśle tekstylnym objawiło się masową produkcją włókien syntetycznych. W Polsce symbolem tej zmiany stał się stilon (polska nazwa poliamidu, produkowanego w Zakładach Włókien Sztucznych „Stilon” w Gorzowie Wielkopolskim).
Z materiałów syntetycznych produkowano przede wszystkim:
Syntetyki miały jedną ogromną zaletę: schły błyskawicznie i nie wymagały prasowania, co w dobie braku nowoczesnych pralek automatycznych było ogromnym ułatwieniem.
Dominacja bieli nie wynikała jedynie z estetyki, ale z czystego pragmatyzmu. Barwniki do tkanin były towarem deficytowym i często miały niską jakość – kolorowa bielizna szybko płowiała lub farbowała inne ubrania. Biel była bezpieczna, ponieważ można ją było wybielać chlorem (słynne „Ixi” lub „Bielinek”) i poddawać działaniu wysokiej temperatury bez obawy o utratę koloru.
W okresie PRL-u produkcja bielizny była scentralizowana w dużych zakładach państwowych. Oprócz wspomnianej „Mewy”, ogromną rolę odgrywały łódzkie zakłady, takie jak „Jantar” czy „Wanda”. To tam powstawały miliony par bawełnianych majtek, które trafiały do domów towarowych typu PDT czy „Junior”.
Warto wspomnieć, że choć oferta rynkowa była ograniczona, Polki radziły sobie kreatywnością. Popularne było przerabianie męskich podkoszulków na damskie topy czy samodzielne doszywanie koronek kupionych w pasmanterii do prostych, bawełnianych modeli. Bielizna z tamtych lat, choć daleka od dzisiejszych standardów „soft touch”, była produktem zaprojektowanym tak, by służyć latami, co w dzisiejszych czasach fast fashion wydaje się niemal egzotyczne.