Gość (37.30.*.*)
Śledź to jedna z tych ryb, która na stałe wpisała się w polską tradycję kulinarną. Choć dziś w sklepach bez problemu znajdziemy mrożone filety z dorsza czy mintaja, śledź wciąż kojarzy nam się przede wszystkim z beczką, solanką i charakterystycznym, słonym smakiem. Dlaczego tak jest? Odpowiedź na to pytanie łączy w sobie historię, chemię żywności oraz unikalne właściwości tej konkretnej ryby.
Zanim wynaleziono lodówki i zamrażarki, konserwacja żywności była największym wyzwaniem ludzkości. Ryby psują się wyjątkowo szybko, a śledzie, występujące masowo w Morzu Północnym i Bałtyku, trzeba było jakoś przetransportować w głąb lądu. Sól była jedynym skutecznym sposobem na zatrzymanie procesów gnilnych.
W średniowieczu handel solonym śledziem stał się fundamentem potęgi Hanzy (związku miast handlowych). Ryby patroszono bezpośrednio na statkach i zasypywano ogromnymi ilościami soli w dębowych beczkach. Dzięki temu mogły przetrwać wiele miesięcy podróży, stając się podstawowym źródłem białka dla milionów ludzi, zwłaszcza w okresach postu. Ta metoda tak bardzo zakorzeniła się w kulturze, że nawet gdy technologia pozwoliła na mrożenie, konsumenci wciąż domagali się smaku, który daje wyłącznie proces solenia.
Solenie to nie tylko konserwacja, to skomplikowany proces fizykochemiczny. Kiedy zasypujemy śledzia solą, dochodzi do zjawiska osmozy. Sól „wyciąga” wodę z komórek ryby, a jednocześnie sama wnika do środka.
Dlaczego to tak ważne?
Mogłoby się wydawać, że mrożenie jest prostsze, ale w przypadku śledzia ma ono swoje wady. Śledzie to ryby tłuste. Tłuszcze rybne (kwasy omega-3) są bardzo zdrowe, ale też niezwykle podatne na utlenianie (jełczenie), nawet w niskich temperaturach. Sól, choć sama nie zapobiega utlenianiu tak skutecznie jak szczelne opakowanie próżniowe, w połączeniu z tradycyjnymi metodami przechowywania w solance, tworzy barierę ograniczającą dostęp tlenu.
Dodatkowo, kryształki lodu powstające podczas mrożenia mogą uszkadzać delikatną strukturę komórkową śledzia. Po rozmrożeniu taka ryba traci dużo soków, co sprawia, że po usmażeniu czy zamarynowaniu może być sucha. Solenie pozwala zachować to, co w śledziu najlepsze – jego naturalną soczystość, ale w zupełnie nowej, przetworzonej formie.
Choć kupujemy je jako słone, współczesne przepisy sanitarne (szczególnie w Unii Europejskiej) wymagają, aby większość ryb przeznaczonych do spożycia na surowo lub po lekkim soleniu została wcześniej głęboko zamrożona. Ma to na celu wyeliminowanie pasożytów, takich jak nicienie z rodzaju Anisakis, które naturalnie występują w morskich rybach. Zatem śledź, który trafia do solanki, najczęściej ma już za sobą etap mrożenia – odbywa się to jednak w celach bezpieczeństwa, a nie jako docelowa metoda konserwacji smaku.
Warto wspomnieć o różnicy, która często umyka konsumentom. Prawdziwy matjas (z holenderskiego meisjes – dziewica) to młody śledź, który nie osiągnął jeszcze dojrzałości płciowej. Jest on solony bardzo delikatnie, co sprawia, że jest niezwykle miękki i maślanym.
Większość produktów w naszych sklepach to „śledzie a’la matjas”. Są to dojrzałe ryby, które poddano intensywnemu procesowi solenia, a następnie odsalania i marynowania w oleju. To właśnie ten proces nadaje im smak, który tak uwielbiamy w sałatkach czy z cebulką. Mrożony filet nigdy nie przejdzie tej transformacji smakowej, którą gwarantuje mu czas spędzony w soli.
Jeśli spojrzymy na to z punktu widzenia nauki, proces przygotowania śledzia solonego wygląda następująco:
Dlatego właśnie śledź solony to zupełnie inny produkt niż śledź mrożony. To nie tylko sposób na przetrwanie zimy, ale wyrafinowana metoda obróbki kulinarnej, która z prostej ryby czyni prawdziwy rarytas.