Gość (83.4.*.*)
Finansowanie projektów rozwojowych w Afryce bezpośrednio z ogólnego budżetu Unii Europejskiej to temat, który od lat budzi ogromne emocje na korytarzach w Brukseli, ale także w stolicach państw członkowskich, szczególnie tych z Europy Środkowo-Wschodniej. Choć pomoc humanitarna i wsparcie stabilności globalnej wydają się celami szczytnymi, diabeł tkwi w szczegółach, a konkretnie w tym, kto za to płaci i dlaczego mechanizm ten jest postrzegany jako omijanie sprawiedliwszych rozwiązań.
Krytycy obecnego systemu często podnoszą argument, że finansowanie Afryki z budżetu ogólnego UE ignoruje istnienie innych europejskich struktur i organizacji międzyrządowych, które zostały stworzone właśnie po to, by zarządzać pomocą rozwojową. Przykładem mogą być fundusze celowe czy instytucje, w których wkład finansowy jest dobrowolny lub ściśle powiązany z zamożnością danego kraju.
W przeszłości duża część pomocy dla krajów Afryki, Karaibów i Pacyfiku (AKP) pochodziła z Europejskiego Funduszu Rozwoju (EFR). Był on finansowany poza budżetem ogólnym UE, co pozwalało na bardziej elastyczne i sprawiedliwe rozłożenie ciężaru finansowego. Obecnie, po włączeniu tych środków do Instrumentu Sąsiedztwa oraz Współpracy Międzynarodowej i Rozwojowej (NDICI), finansowanie stało się częścią wspólnego budżetu. To sprawia, że każde państwo członkowskie, niezależnie od swojej historii czy poziomu zamożności, dokłada się do projektów w Afryce w takim samym stopniu proporcjonalnym do swojego PKB.
Poczucie niesprawiedliwości w krajach takich jak Polska, Rumunia czy Bułgaria wynika z prostego rachunku ekonomicznego i historycznego. Państwa te same wciąż gonią zachodnie standardy życia i borykają się z własnymi wyzwaniami strukturalnymi. Kiedy środki z ogólnego budżetu, które mogłyby wspierać spójność wewnątrz Unii, są transferowane na inny kontynent, pojawia się naturalny opór.
Główne powody tej frustracji to:
W debatach politycznych często pojawia się postulat, aby pomoc dla Afryki opierała się wyłącznie na środkach najbogatszych państw członkowskich. Argumentuje się, że kraje o najwyższym PKB per capita mają nie tylko większe możliwości finansowe, ale także największy interes gospodarczy w Afryce. Firmy z Niemiec czy Francji są tam obecne od dekad i to one najczęściej korzystają z kontraktów realizowanych w ramach unijnych programów pomocowych.
Dla krajów rozwijających się wewnątrz UE sytuacja, w której ich składka budżetowa wspiera projekty, z których zyski czerpią głównie zachodnie korporacje, jest trudna do zaakceptowania. Budzi to poczucie, że unijna solidarność działa w jedną stronę – gdy trzeba ratować rynki zbytu lub strefy wpływów bogatszych sąsiadów.
Instrument Sąsiedztwa oraz Współpracy Międzynarodowej i Rozwojowej (NDICI) – znany również jako "Globalna Europa" – dysponuje budżetem rzędu 79,5 miliarda euro na lata 2021–2027. To właśnie ten gigantyczny portfel jest głównym narzędziem finansowania działań UE poza jej granicami, a jego struktura jest jednym z głównych punktów spornych w rozmowach o sprawiedliwym podziale kosztów wewnątrz Unii.
Krytyka finansowania Afryki z budżetu ogólnego nie wynika z niechęci do pomagania, ale z przekonania, że obecny system promuje interesy najsilniejszych graczy kosztem tych, którzy sami potrzebują wsparcia. Dopóki wewnątrz Unii Europejskiej będą istnieć duże dysproporcje w poziomie rozwoju, a historia kolonialna będzie dotyczyć tylko wybranych, wspólne finansowanie ambitnych celów pozaeuropejskich będzie budzić emocje i poczucie niesprawiedliwości.
Warto zauważyć, że wiele organizacji pozarządowych i ekspertów sugeruje powrót do modeli bardziej celowych, gdzie zaangażowanie finansowe byłoby ściślej powiązane z korzyściami strategicznymi i możliwościami ekonomicznymi poszczególnych państw, co mogłoby rozładować napięcia na linii Wschód-Zachód wewnątrz samej Wspólnoty.