Gość (83.4.*.*)
Włączając telewizyjne kanały informacyjne, trudno oprzeć się wrażeniu, że trafiamy w sam środek niekończącej się debaty, która nigdy nie zasypia. Programy nadawane przez stacje koncesjonowane, zwłaszcza te o profilu informacyjnym, faktycznie opierają swoją ramówkę na polityce, serwując ją widzom niemal przez całą dobę. Zjawisko to, choć uzasadnione ekonomicznie i technologicznie, prowadzi do ciekawego paradoksu: media pompują polityczne emocje do granic możliwości, a potem analizują sondaże wskazujące na rekordowe zmęczenie społeczeństwa tym tematem.
Współczesne media informacyjne działają w modelu 24/7, co wymusza na nich ciągłe generowanie "newsów". Polityka jest dla nich idealnym paliwem – jest relatywnie tania w produkcji (wystarczy studio i kilku komentatorów), generuje silne emocje i pozwala na budowanie narracji opartej na konflikcie. Konflikt z kolei najlepiej przyciąga uwagę i buduje oglądalność, która przekłada się na zyski z reklam.
Problem pojawia się wtedy, gdy każda, nawet najdrobniejsza wypowiedź polityka, jest podnoszona do rangi wydarzenia dnia. Widz, bombardowany "paskami grozy" i pilnymi komunikatami, po pewnym czasie przestaje odróżniać sprawy fundamentalne od czystego teatru politycznego. To prowadzi do zjawiska zwanego "news fatigue" (zmęczenie informacjami), gdzie nadmiar bodźców skutkuje apatią i chęcią odcięcia się od źródła stresu.
To jedno z najciekawszych pytań dotyczących współczesnej socjologii mediów. Wydawcy i dziennikarze często wpadają w pułapkę własnej bańki. Żyjąc w centrum wydarzeń, uznają politykę za najważniejszy aspekt życia społecznego. Gdy badania opinii publicznej wykazują, że Polacy mają dość kłótni na szczytach władzy i marzą o "świętym spokoju", w studiach telewizyjnych często następuje konsternacja.
Zdziwienie to może być jednak nieco wyreżyserowane. Media doskonale wiedzą, że ich produkt jest polaryzujący, ale dopóki słupki oglądalności się zgadzają, nie mają motywacji do zmiany formatu. Paradoks polega na tym, że choć deklarujemy zmęczenie polityką, to właśnie te najbardziej emocjonalne programy wciąż gromadzą największą widownię. To błędne koło: media dają to, co (według statystyk) ludzie oglądają, a ludzie oglądają to, co jest im podawane, jednocześnie czując z tego powodu narastającą frustrację.
Badania Digital News Report przeprowadzane przez Reuters Institute regularnie pokazują, że coraz większy odsetek ludzi na całym świecie deklaruje świadome unikanie wiadomości (selective news avoidance). Jako główny powód podają negatywny wpływ na ich samopoczucie i poczucie bezradności wobec prezentowanych konfliktów.
Znużenie, o którym mowa, przenosi się bezpośrednio do naszych domów i relacji z bliskimi. Coraz częściej podczas rodzinnych obiadów czy spotkań ze znajomymi obowiązuje niepisana zasada: "nie rozmawiamy o polityce". Jest to mechanizm obronny. Skoro telewizja przez całą dobę serwuje nam obraz świata podzielonego na dwa wrogie obozy, instynktownie staramy się chronić nasze prywatne więzi przed tym samym podziałem.
Widzowie, widząc agresywne debaty w telewizji, zaczynają utożsamiać politykę wyłącznie z kłótnią. W efekcie temat ten znika z prywatnych rozmów nie dlatego, że nas nie obchodzi, ale dlatego, że kojarzy się z toksyczną atmosferą, którą znamy z ekranu. Chcemy odpocząć od roli arbitra w sporze, którego nie my zaczęliśmy.
Rozwiązaniem, które coraz częściej pojawia się w dyskusjach o przyszłości dziennikarstwa, jest tzw. dziennikarstwo konstruktywne (constructive journalism). Polega ono na:
Czy telewizje koncesyjne zdecydują się na taki krok? Na razie wydaje się, że model oparty na emocjach i całodobowym śledzeniu każdego kroku polityków jest zbyt dochodowy, by z niego zrezygnować. Dopóki jednak nie nastąpi zmiana w sposobie prezentowania informacji, widzowie będą coraz częściej szukać ucieczki w platformach streamingowych, podcastach tematycznych lub po prostu w ciszy, z dala od politycznego zgiełku.