Gość (37.30.*.*)
Każdy z nas ma w głowie zestaw zasad, których obiecuje sobie przestrzegać. Może to być postanowienie o niejedzeniu słodyczy, obietnica bycia zawsze szczerym wobec partnera, czy zawodowy kodeks etyczny. Jednak w momencie, gdy po raz pierwszy przekraczamy tę cienką linię, w naszej psychice dochodzi do prawdziwego trzęsienia ziemi. Zamiast jednak uderzyć się w pierś i powiedzieć: „zrobiłem źle”, nasz mózg natychmiast uruchamia skomplikowaną machinę obronną. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź kryje się w mechanizmach, które ewolucja wykształciła, aby chronić nasze dobre mniemanie o sobie.
Głównym powodem, dla którego szukamy racjonalnych wytłumaczeń po pierwszym złamaniu zasad, jest zjawisko zwane dysonansem poznawczym. Termin ten, wprowadzony przez Leona Festingera, opisuje stan nieprzyjemnego napięcia psychicznego, który pojawia się, gdy nasze zachowanie jest sprzeczne z naszymi przekonaniami.
Ludzki umysł dąży do spójności. Jeśli uważam się za osobę uczciwą, a właśnie skłamałem, powstaje bolesny konflikt. Aby go rozwiązać, mam dwa wyjścia: zmienić zachowanie (co jest niemożliwe, bo już się wydarzyło) lub zmienić sposób myślenia o tym zachowaniu. Wybieramy to drugie, tworząc wymówki typu: „wszyscy tak robią”, „to był wyjątkowy przypadek” lub „właściwie to nie miałem wyjścia”. Racjonalizacja pozwala nam zachować status „dobrego człowieka” we własnych oczach, mimo że nasze czyny mówią co innego.
To, że za drugim, trzecim i dziesiątym razem złamanie zasady nie wywołuje już takich wyrzutów sumienia, nie jest kwestią przypadku, lecz biologii. Badania przeprowadzone przez naukowców z University College London wykazały, że nasz mózg dosłownie przyzwyczaja się do nieetycznych zachowań lub łamania własnych granic.
Kluczową rolę odgrywa tu ciało migdałowate – część mózgu odpowiedzialna za reakcje emocjonalne, w tym poczucie winy i strach. Przy pierwszym naruszeniu zasad ciało migdałowate reaguje bardzo silnie, wysyłając nam sygnał: „Uwaga! Robisz coś złego!”. Jednak z każdym kolejnym powtórzeniem reakcja ta słabnie. To zjawisko nazywamy adaptacją emocjonalną. Mózg przestaje bić na alarm, bo uznaje dane zachowanie za znane i bezpieczne. W efekcie to, co za pierwszym razem było ogromnym stresem, za piątym staje się rutyną.
W psychologii istnieje zjawisko zwane efektem „What-the-Hell” (często badane w kontekście diet). Jeśli osoba na diecie zje jedno małe ciastko (złamie zasadę), często dochodzi do wniosku, że cały dzień jest już „stracony”. Zamiast poprzestać na jednym ciastku, zjada całe pudełko. To mechanizm, w którym jednorazowe potknięcie staje się przyzwoleniem na całkowite porzucenie hamulców.
Tak, to prawda – nasze granice nie są wyryte w kamieniu, lecz przypominają raczej linię narysowaną na piasku, którą fale naszych decyzji powoli przesuwają. Proces ten nazywa się często „równią pochyłą” (ang. slippery slope).
Kiedy raz przesuniemy granicę i zracjonalizujemy to działanie, tworzymy nowy „punkt odniesienia”. Kolejne przekroczenie granicy nie jest już mierzone względem pierwotnej, surowej zasady, ale względem tego ostatniego, poluzowanego zachowania. W ten sposób drobne ustępstwa kumulują się, prowadząc do sytuacji, w których po czasie robimy rzeczy, o które nigdy byśmy siebie nie podejrzewali.
Zrozumienie, że nasz mózg nas oszukuje, to pierwszy krok do odzyskania kontroli. Kluczem jest uważność (mindfulness) i umiejętność przyznania się do błędu bez szukania wymówek. Zamiast mówić: „Zrobiłem to, bo byłem zmęczony”, lepiej powiedzieć: „Złamałem swoją zasadę i czuję z tego powodu dyskomfort”.
Utrzymanie granic wymaga ciągłego wysiłku, ponieważ psychologicznie łatwiej jest płynąć z prądem racjonalizacji niż wiosłować pod prąd własnych słabości. Pamiętajmy, że każda decyzja, nawet ta najmniejsza, kształtuje to, gdzie nasza granica znajdzie się jutro.