Gość (83.4.*.*)
W świecie współczesnego zarządzania coraz częściej mówi się o tym, że największym kapitałem firmy są ludzie. Jednak rzeczywistość bywa brutalna – wciąż spotykamy liderów, którzy każde pytanie podwładnego traktują jak atak na swój autorytet lub przejaw niesubordynacji. Pojawia się wtedy prowokacyjne pytanie: czy nie lepiej byłoby pozwolić takiej firmie upaść, by „zły szef” w końcu wyciągnął lekcję? Choć wizja sprawiedliwości dziejowej jest kusząca, sprawa jest znacznie bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Zanim przejdziemy do dylematu dotyczącego upadku firmy, warto zrozumieć, dlaczego traktowanie pytań jako nieposłuszeństwa jest tak szkodliwe. W psychologii zarządzania istnieje pojęcie „bezpieczeństwa psychologicznego”. To stan, w którym pracownik nie boi się przyznać do błędu, zadać pytania czy zakwestionować decyzji, jeśli widzi w niej lukę.
Gdy przełożony ucina dyskusję, firma traci system wczesnego ostrzegania. Pracownicy, widząc nadchodzący błąd, po prostu milczą, bo wiedzą, że ich głos zostanie uznany za bunt. W efekcie organizacja staje się ociężała, nieefektywna i podatna na kryzysy, których można było uniknąć. To klasyczny przykład „efektu potwierdzenia” u lidera, który otacza się potakiwaczami, karmiąc swoje ego kosztem wyników finansowych.
Teoria, że pozwolenie na upadek przedsiębiorstwa ukarze winnego menedżera, opiera się na założeniu, że rynek jest sprawiedliwy. Niestety, rzeczywistość biznesowa często pokazuje coś innego. W dużych korporacjach osoby na wysokich stanowiskach bywają chronione przez tzw. „złote spadochrony” – nawet jeśli doprowadzą firmę do ruiny, odchodzą z ogromnymi odprawami.
Co więcej, upadek firmy rzadko uderza tylko w jedną osobę. To naczynia połączone. Nawet jeśli założymy, że specjaliści szybko znajdą nową pracę, proces upadłości dotyka:
Wizja „oczyszczającego ognia”, który usuwa z rynku toksyczne jednostki, jest atrakcyjna, ale w praktyce koszty społeczne i ekonomiczne takiego rozwiązania są zazwyczaj niewspółmiernie wysokie w stosunku do „nauczki”, jaką dostaje przełożony.
Założenie, że zwolnieni pracownicy bez problemu znajdą zatrudnienie w innych przedsiębiorstwach, jest optymistyczne, ale nie zawsze prawdziwe. Wszystko zależy od branży, lokalizacji i aktualnej koniunktury gospodarczej. O ile programista z dużego miasta prawdopodobnie znajdzie nową ofertę w kilka dni, o tyle pracownik wyspecjalizowanej fabryki w mniejszej miejscowości może mieć z tym ogromny problem.
Warto też zauważyć ciekawostkę z zakresu psychologii pracy: pracownicy, którzy spędzili lata w toksycznym środowisku, często borykają się z tzw. wyuczoną bezradnością. Nawet po przejściu do nowej, lepszej firmy, mogą mieć trudności z odzyskaniem pewności siebie i proaktywności, co wpływa na ich dalszą karierę.
Zamiast wybierać między biernym przyglądaniem się katastrofie a sabotowaniem własnego miejsca pracy, warto rozważyć inne mechanizmy. Nowoczesne systemy prawne i korporacyjne oferują narzędzia, które mają zapobiegać autorytarnym zapędom liderów:
Pytanie o to, czy lepiej pozwolić firmie upaść, dotyka fundamentów etyki. Czy pracownik ma obowiązek ratować firmę przed jej własnym szefem? Z punktu widzenia etyki zawodowej, pracownik powinien wykonywać swoje obowiązki rzetelnie, co obejmuje również informowanie o ryzykach. Jeśli jednak informowanie jest traktowane jako nieposłuszeństwo, odpowiedzialność za ewentualny upadek przesuwa się całkowicie na barki decydenta.
Nie oznacza to jednak, że pracownik powinien aktywnie dążyć do upadku firmy. Najzdrowszym podejściem – zarówno dla higieny psychicznej, jak i dla rynku – jest dbanie o własny rozwój i szukanie miejsca, w którym kultura organizacyjna promuje dialog. Upadek firmy jako forma kary dla szefa to scenariusz, w którym zazwyczaj nie ma zwycięzców, a jedynie różny stopień przegranej wszystkich zaangażowanych stron.
W ostatecznym rozrachunku rynek faktycznie weryfikuje błędy, ale proces ten bywa bolesny. Najlepszą „karą” dla toksycznego menedżera nie jest spektakularny upadek jego imperium, lecz moment, w którym orientuje się, że został sam, bo wszyscy wartościowi ludzie wybrali pracę u konkurencji, która potrafi słuchać i wyciągać wnioski.