Gość (83.4.*.*)
Zjawisko, o którym mowa, jest jednym z najciekawszych tematów w historii współczesnych mediów. Choć obie branże kojarzymy z blichtrem Hollywood, ich ścieżki adaptacji do ery cyfrowej wyglądały zupełnie inaczej. Muzyka przeszła przez czyściec piractwa znacznie wcześniej, co paradoksalnie stało się jej największym atutem w starciu ze streamingiem. Film natomiast wciąż zmaga się z demonami, które branża muzyczna oswoiła już dekadę temu.
Kluczowym powodem, dla którego przemysł muzyczny odnotował mniejsze straty w dobie streamingu, jest fakt, że... nie miał już niemal nic do stracenia. Na początku XXI wieku, kiedy platformy takie jak Napster czy LimeWire zdominowały sieć, sprzedaż płyt CD gwałtownie spadła. Branża muzyczna niemal dekadę spędziła w głębokim kryzysie, walcząc z darmowym dostępem do plików MP3.
Kiedy pojawił się Spotify, branża muzyczna potraktowała go jako deskę ratunku, a nie zagrożenie. Model subskrypcyjny był lepszy niż „zero”, które oferowało piractwo. W przypadku filmu sytuacja była odwrotna. Hollywoodzkie studia przez lata czerpały ogromne zyski ze sprzedaży fizycznych nośników (DVD i Blu-ray) oraz z licencji telewizyjnych. Streaming nie przyszedł tam jako ratownik, ale jako „kanibal”, który zaczął zjadać najbardziej dochodowe sektory biznesu.
To prawdopodobnie najważniejszy czynnik wpływający na komfort użytkownika i ostateczne zyski. W świecie muzyki panuje swoisty monopol wygody. Niezależnie od tego, czy wybierzesz Spotify, Apple Music czy Tidala, masz dostęp do niemal 99% światowej biblioteki muzycznej w jednym miejscu. Użytkownik nie czuje frustracji, bo nie musi skakać między aplikacjami, aby posłuchać swoich ulubionych artystów.
W przemyśle filmowym sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Mamy do czynienia z ogromną fragmentacją. Disney+ ma swoje bajki i Marvela, Netflix produkuje własne seriale, HBO Max (Max) trzyma markę Warner Bros, a do tego dochodzą Amazon Prime, SkyShowtime i dziesiątki innych. Aby mieć dostęp do wszystkiego, co interesujące, widz musiałby płacić kilka abonamentów miesięcznie. Ta frustracja często pcha użytkowników z powrotem w stronę piractwa, co generuje realne utracone korzyści dla studiów filmowych.
Warto zwrócić uwagę na to, jak konsumujemy oba rodzaje treści. Muzyka ma ogromną wartość „re-play”. Ulubionej piosenki słuchamy setki, a nawet tysiące razy w ciągu życia. Każde takie odtworzenie w streamingu generuje (choć niewielki) przychód. Muzyka towarzyszy nam w aucie, w pracy, na siłowni – jest tłem dla naszego życia.
Film lub serial oglądamy zazwyczaj raz, rzadziej dwa lub trzy. Koszt wyprodukowania hitu kinowego to setki milionów dolarów, a czas, w którym produkt ten „zarabia” na siebie w streamingu, jest ograniczony uwagą widza. Gdy raz obejrzymy dany tytuł, rzadko do niego wracamy w krótkim odstępie czasu. To sprawia, że model streamingowy w filmie jest znacznie mniej efektywny finansowo niż w muzyce, gdzie biblioteka „evergreenów” zarabia na siebie bez przerwy przez dziesięciolecia.
Czy wiesz, że wyprodukowanie wysokobudżetowego filmu (tzw. blockbuster) kosztuje tyle, co nagranie około 500-1000 profesjonalnych albumów muzycznych topowych gwiazd? To pokazuje skalę ryzyka. Jeśli album muzyczny nie „chwyci”, straty są bolesne, ale do udźwignięcia. Jeśli film za 200 milionów dolarów zaliczy klapę w streamingu, może to zachwiać stabilnością całego studia filmowego.
Przemysł muzyczny bardzo szybko przeniósł ciężar marketingu na media społecznościowe i algorytmy platform streamingowych. Dzisiaj piosenka może stać się hitem dzięki jednemu trendowi na TikToku. Koszty dotarcia do słuchacza spadły.
W Hollywood marketing wciąż opiera się na gigantycznych kampaniach, premierach na czerwonych dywanach i wykupowaniu reklam w tradycyjnych mediach. Kiedy film trafia bezpośrednio na streaming (z pominięciem kina lub z bardzo krótkim oknem kinowym), traci on status „wydarzenia”. To sprawia, że trudniej jest uzasadnić wysoką cenę subskrypcji lub przyciągnąć nowych użytkowników, co w dłuższej perspektywie przekłada się na mniejsze zyski w porównaniu do tradycyjnego modelu dystrybucji.
Podsumowując, branża muzyczna odnotowała mniejsze utracone korzyści, ponieważ:
Choć oba przemysły mieszkają w tym samym „mieście snów”, muzyka nauczyła się pływać w cyfrowym oceanie znacznie szybciej, podczas gdy film wciąż próbuje budować tamy, które i tak przeciekają.