Gość (37.30.*.*)
Paradokumenty, czyli tak zwane formaty scripted reality, od lat królują w ramówkach największych stacji telewizyjnych. Choć wielu widzów ogląda je z przymrużeniem oka, to mechanizmy ich powstawania są fascynujące i często owiane nimbem tajemnicy. Wokół pracy amatorów na planie narosło sporo przekonań, które tylko częściowo pokrywają się z rzeczywistością. Przyjrzyjmy się zatem, co jest prawdą, a co jedynie telewizyjną legendą.
W kwestii wieku stwierdzenie o dopasowaniu aktora do roli jest niemal w stu procentach prawdziwe. Reżyserzy castingowi w paradokumentach szukają przede wszystkim autentyczności. Amatorzy nie posiadają warsztatu aktorskiego, który pozwoliłby im wiarygodnie "odmłodzić się" lub "postarzeć" o kilkanaście lat.
Jeśli scenariusz zakłada historię zbuntowanej osiemnastolatki, na planie pojawi się osoba w wieku 17–20 lat. Podobnie jest z seniorami czy osobami w średnim wieku. Dzięki temu emocje i mowa ciała są naturalne dla danej grupy wiekowej, co jest kluczowe w formacie, który ma udawać życie "podpatrzone" kamerą.
To jedno z najczęstszych przekonań, które jest... całkowitą nieprawdą. W zdecydowanej większości paradokumentów aktorzy amatorzy występują pod imionami i nazwiskami przypisanymi ich postaciom w scenariuszu.
Dlaczego tak jest? Powody są dwa:
Wyjątkiem bywają niektóre formaty paradokumentalno-interwencyjne, gdzie granica między dokumentem a inscenizacją jest bardzo cienka, ale w klasykach gatunku (jak historie o lekarzach czy trudnych sprawach) nazwiska są fikcyjne.
W tym przypadku mamy do czynienia z "półprawdą". Produkcja faktycznie chętnie obsadza ludzi w rolach zbliżonych do ich codziennych zajęć, ale nie jest to żelazna reguła.
Jeśli do odcinka o błędzie lekarskim potrzebna jest pielęgniarka, która musi wiarygodnie wykonać zastrzyk, castingowiec chętniej wybierze osobę z wykształceniem medycznym, by uniknąć wpadek technicznych. Często jednak amatorzy grają postacie o zupełnie innym profilu zawodowym. Kluczem jest tzw. "warunek" – jeśli ktoś wygląda jak typowy biznesmen, dostanie rolę prezesa, nawet jeśli na co dzień pracuje w warsztacie samochodowym.
W świecie paradokumentów istnieje silne zjawisko szufladkowania. Osoby o łagodnych rysach twarzy niemal zawsze grają ofiary lub dobrych sąsiadów, natomiast osoby o "ostrzejszym" wyglądzie są etatowymi czarnymi charakterami. Raz przypisana łatka w bazie agencji aktorskiej potrafi ciągnąć się za amatorem przez lata.
Tu dochodzimy do punktu, który jest najprawdziwszy. Dialogi w paradokumentach są w dużej mierze improwizowane i to właśnie stanowi o sukcesie tego formatu.
Aktorzy nie dostają do ręki pełnego scenariusza z podziałem na kwestie, których muszą nauczyć się na pamięć. Zamiast tego otrzymują tzw. "drabinkę". Jest to opis sceny, który zawiera:
Reszta zależy od aktora. Ma on mówić własnymi słowami, używać swojego naturalnego słownictwa i slangu. Dzięki temu dialogi nie brzmią sztywno, a amatorzy nie "recytują" tekstu, co przy braku doświadczenia byłoby natychmiast wyczuwalne i sztuczne.
Podsumowując, praca na planie paradokumentu to specyficzny miks autentyczności i kreacji. Prawdą jest, że wiek musi się zgadzać, a dialogi płyną prosto z głowy aktora. Mitem pozostaje jednak kwestia tożsamości – na ekranie niemal zawsze oglądamy postać o wymyślonym nazwisku, nawet jeśli jej reakcje i sposób mówienia są całkowicie prawdziwe.
Dla wielu amatorów to nie tylko szansa na przygodę, ale też lekcja radzenia sobie w stresujących sytuacjach pod presją czasu, ponieważ jeden odcinek paradokumentu powstaje zazwyczaj w ekspresowym tempie – często w zaledwie 2-3 dni zdjęciowe.