Gość (37.30.*.*)
Choć najczęściej elektrownie wodne kojarzą nam się z ogromnymi zaporami na rzekach, takimi jak tama w Solinie czy chińska Zapora Trzech Przełomów, to potężne zasoby energii drzemią również w morzach i oceanach. Odpowiedź brzmi: tak, istnieją elektrownie wodne budowane na morzu, choć ich konstrukcja i zasada działania znacząco różnią się od tych śródlądowych. Wykorzystują one nie tylko ruch wody wynikający z grawitacji, ale przede wszystkim zjawiska pływowe, fale oraz różnice temperatur.
Najbardziej zbliżone do tradycyjnych elektrowni wodnych są elektrownie pływowe (ang. tidal barrage). Buduje się je zazwyczaj w zatokach lub ujściach rzek, gdzie amplituda przypływów i odpływów jest bardzo duża. Działają one na prostej zasadzie: podczas przypływu woda wpływa do zbiornika przez turbiny, a podczas odpływu jest z niego wypuszczana, ponownie generując prąd.
Największą tego typu instalacją na świecie jest obecnie Sihwa Lake Tidal Power Station w Korei Południowej. Jej moc wynosi aż 254 MW. Innym słynnym przykładem jest francuska elektrownia La Rance, która działa nieprzerwanie od 1966 roku i przez dekady dzierżyła palmę pierwszeństwa pod względem wydajności.
Innym podejściem do pozyskiwania energii z morza są turbiny nurtowe (ang. tidal stream generators). W tym przypadku nie buduje się wielkich zapór, lecz umieszcza się turbiny bezpośrednio na dnie morskim w miejscach, gdzie występują silne prądy morskie. Wyglądają one i działają bardzo podobnie do turbin wiatrowych, z tą różnicą, że woda jest znacznie gęstsza od powietrza, co pozwala na generowanie dużej mocy przy mniejszych rozmiarach łopat.
Przykładem pionierskiego projektu w tej dziedzinie jest MeyGen w Szkocji. To największa na świecie farma turbin pływowych, która dostarcza czystą energię do brytyjskiej sieci energetycznej, wykorzystując potężne prądy cieśniny Pentland Firth.
Kolejną kategorią są elektrownie falowe. Tutaj inżynierowie wykazują się największą kreatywnością, ponieważ istnieje mnóstwo metod "łapania" energii fal. Niektóre systemy wykorzystują pływaki poruszające się w górę i w dół, inne bazują na tzw. kolumnie wody oscylującej (OWC), gdzie fala wtłacza powietrze do komory, napędzając turbinę powietrzną.
Choć technologia ta jest wciąż w fazie intensywnego rozwoju i boryka się z problemem trudnych warunków pogodowych (sztormy potrafią zniszczyć najtrwalsze konstrukcje), istnieją działające instalacje, jak np. elektrownia Mutriku w Hiszpanii, która jest zintegrowana z falochronem portowym.
To fascynujący koncept, który łączy technologię morską z magazynowaniem energii. Klasyczna elektrownia szczytowo-pompowa posiada dwa zbiorniki na różnych wysokościach. W przypadku wersji morskiej, dolnym zbiornikiem jest samo morze, a górnym – sztuczny zbiornik zbudowany na klifie lub wyspie.
W latach 90. w Japonii, na Okinawie, działała pilotażowa morska elektrownia szczytowo-pompowa (Okinawa Yanbaru). Woda morska była pompowana do zbiornika położonego 150 metrów nad poziomem morza w czasie niskiego zapotrzebowania na prąd, a spuszczana przez turbiny w godzinach szczytu. Projekt ostatecznie zamknięto z powodów ekonomicznych, ale obecnie podobne rozwiązania (np. budowa sztucznych wysp-magazynów energii) są rozważane w Belgii i Holandii.
Mimo ogromnego potencjału, elektrownie morskie stanowią ułamek światowej produkcji energii. Wynika to z kilku kluczowych wyzwań:
Czy wiesz, że prąd można czerpać nawet z tego, że woda na powierzchni morza jest cieplejsza niż ta głęboko pod nią? Systemy OTEC (Ocean Thermal Energy Conversion) wykorzystują tę różnicę temperatur do odparowywania cieczy o niskiej temperaturze wrzenia (np. amoniaku), która napędza turbinę. Największe instalacje tego typu testowano na Hawajach oraz w Japonii. To technologia o ogromnym potencjale w krajach tropikalnych, gdzie różnice temperatur między powierzchnią a głębiną sięgają ponad 20 stopni Celsjusza.