Gość (83.4.*.*)
Debata klimatyczna w Europie i USA często rozbija się o jeden, niezwykle nośny argument: „Dlaczego mamy niszczyć własną gospodarkę i ograniczać emisje, skoro Chiny i Indie budują kolejne elektrownie węglowe?”. To retoryczne pytanie stało się fundamentem narracji wielu ugrupowań radykalnej prawicy, które promują utrzymanie energetyki opartej na paliwach kopalnych. Jednak scenariusz, w którym bogate kraje Zachodu decydują się na sfinansowanie zielonej transformacji w Azji za pomocą bezzwrotnych dotacji, mógłby całkowicie wywrócić ten stolik, odbierając sceptykom ich najsilniejszy oręż.
Głównym paliwem dla narracji negującej sens transformacji energetycznej jest poczucie niesprawiedliwości. Radykalna prawica często wskazuje, że podczas gdy Europa narzuca sobie surowe normy emisji, globalni gracze, tacy jak Chiny czy Indie, czerpią korzyści z taniej, brudnej energii. Wprowadzenie ogromnego programu bezzwrotnych dotacji na budowę elektrowni jądrowych i farm OZE w tych krajach sprawiłoby, że argument o „ucieczce emisji” i nieuczciwej konkurencji straciłby rację bytu.
Gdyby Zachód realnie sfinansował czystą energię w Azji, narracja o „bezradności wobec gigantów” musiałaby ustąpić miejsca faktom. Chiny i Indie, dysponując darmowym kapitałem na atom i OZE, przestałyby być postrzegane jako „czarne charaktery” globalnego ocieplenia, a stałyby się partnerami w procesie, który finansujemy dla własnego bezpieczeństwa. W takim układzie promowanie węgla w kraju przez lokalne partie prawicowe stałoby się nielogiczne – skoro nawet najwięksi emitenci przechodzą na zieloną stronę mocy dzięki wspólnemu wysiłkowi, upieranie się przy wysokich emisjach wyglądałoby na celowe działanie na szkodę własnych obywateli.
Radykalna prawica często buduje swój przekaz na przekonaniu, że gospodarka o skali Chin czy Indii po prostu nie może funkcjonować bez węgla. Finansowanie miksu opartego na stabilnym atomie i dynamicznych źródłach odnawialnych udowodniłoby, że nowoczesna, potężna gospodarka może opierać się na innych fundamentach.
W momencie, gdy dzięki zachodnim dotacjom w Indiach zaczęłyby powstawać nowoczesne bloki jądrowe zamiast kopalni odkrywkowych, argument o „technologicznej niemożliwości” zastąpienia paliw kopalnych ległby w gruzach. Dla polityków promujących wysokoemisyjną energetykę byłaby to sytuacja matowa: nie mogliby już twierdzić, że OZE to „zabawka dla bogatych”, skoro działałaby ona skutecznie w krajach rozwijających się, napędzając ich wzrost bez dymu z kominów.
Warto wiedzieć, że Chiny już teraz budują więcej elektrowni jądrowych niż jakikolwiek inny kraj na świecie. Według danych Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA), w Chinach w budowie znajduje się obecnie ponad 20 reaktorów. Gdyby proces ten został przyspieszony przez zewnętrzne finansowanie, Chiny mogłyby osiągnąć neutralność klimatyczną znacznie szybciej niż zakłada ich oficjalny cel na rok 2060.
Finansowanie transformacji w Azji przez bogate kraje to nie tylko kwestia ekologii, ale też potężne narzędzie geopolityczne. Radykalna prawica często gra kartą suwerenności i strachu przed dominacją Chin. Jednak bezzwrotne dotacje na konkretne technologie (np. europejskie reaktory jądrowe czy amerykańskie systemy zarządzania siecią) związałyby te gospodarki z technologią Zachodu.
W takim scenariuszu argument o „oddawaniu pola Chinom” traci na znaczeniu. To Zachód dyktowałby warunki technologiczne transformacji, stając się gwarantem bezpieczeństwa energetycznego Azji. Dla partii populistycznych, które budują kapitał na strachu przed obcymi wpływami, byłaby to trudna pigułka do przełknięcia – nagle okazałoby się, że to „nasza” technologia ratuje świat, a my mamy nad tym procesem kontrolę.
Obecnie Chiny i Indie służą jako wygodna wymówka. „Skoro oni emitują tyle, co cała reszta świata, to nasze 1% nie ma znaczenia” – to zdanie słyszymy niemal w każdej debacie. Jeśli jednak te kraje zaczęłyby gwałtownie redukować emisje dzięki funduszom z zewnątrz, ta matematyczna sztuczka przestałaby działać.
Choć wizja bezzwrotnych dotacji na taką skalę brzmi jak polityczna fikcja, mechanizmy takie jak Just Energy Transition Partnership (JETP) już zaczynają funkcjonować, np. w Indonezji czy Wietnamie. Oczywiście, skala potrzeb w Chinach czy Indiach jest gigantyczna i liczona w bilionach dolarów. Nie mam możliwości zweryfikowania, czy państwa zachodnie byłyby gotowe na tak ogromny transfer kapitału w obecnej sytuacji ekonomicznej, jednak z perspektywy strategii komunikacyjnej, taki ruch byłby ostatecznym ciosem dla narracji pro-węglowej.
Sfinansowanie zielonego miksu w Azji to nie tylko walka z tonami CO2, to przede wszystkim walka o rządy dusz. Wyeliminowanie „węglowego alibi” zmusiłoby radykalną prawicę do znalezienia zupełnie nowych argumentów, co w obliczu taniejącej technologii i rosnących kosztów wydobycia paliw kopalnych, mogłoby okazać się zadaniem karkołomnym.