Gość (37.30.*.*)
Wariacje goldbergowskie to jedno z tych dzieł w historii muzyki, które budzą podziw zarówno u niedzielnych słuchaczy, jak i u matematyków czy filozofów. Napisane przez Jana Sebastiana Bacha pod koniec jego życia, stanowią absolutne apogeum możliwości instrumentów klawiszowych tamtej epoki. Choć pierwotnie przeznaczone na klawesyn dwumanuałowy, dziś najczęściej kojarzymy je z fortepianem i hipnotyzującymi wykonaniami wybitnych pianistów. To monumentalny cykl, który z prostej melodii potrafi wyczarować cały wszechświat dźwięków.
Z powstaniem Wariacji goldbergowskich wiąże się jedna z najsłynniejszych anegdot w świecie muzyki klasycznej. Według pierwszego biografa Bacha, Johanna Nikolausa Forkela, utwór powstał na zamówienie hrabiego Hermanna Karla von Keyserlinga. Hrabia cierpiał na chroniczną bezsenność i potrzebował muzyki, która byłaby „łagodna i nieco wesoła”, aby umilić mu bezsenne noce.
Wykonawcą utworu miał być nadworny klawesynista hrabiego, młody i niezwykle zdolny Johann Gottlieb Goldberg – stąd też wzięła się nazwa dzieła. Choć historia o leczeniu bezsenności muzyką Bacha brzmi uroczo, współcześni muzykolodzy podchodzą do niej z dystansem. Nie ma bowiem bezpośrednich dowodów w dokumentach z epoki, które potwierdzałyby tę wersję wydarzeń, a sama partytura nie zawiera dedykacji dla hrabiego. Niemniej jednak, nazwa „Wariacje goldbergowskie” przylgnęła do utworu na stałe.
To, co czyni Wariacje goldbergowskie wyjątkowymi, to ich niesamowita struktura. Bach nie byłby sobą, gdyby nie ukrył w kompozycji matematycznego porządku i symboliki. Całość składa się z Arii oraz 30 wariacji, a na samym końcu Aria powraca, domykając cykl niczym idealne koło.
Co ciekawe, wariacje nie opierają się na samej melodii Arii, ale na jej linii basowej (fundamencie harmonicznym). To tak, jakby budować trzydzieści różnych domów, korzystając z tego samego fundamentu. Bach podzielił te 30 utworów na grupy po trzy:
Taka dyscyplina kompozytorska sprawia, że dzieło jest niezwykle spójne, a jednocześnie każde ogniwo cyklu ma swój unikalny charakter – od radosnych podskoków po głęboki, niemal tragiczny smutek (jak w słynnej 25. wariacji, nazywanej przez niektórych „czarną perłą”).
Wariacje goldbergowskie to muzyka, która „pracuje” na wielu poziomach. Można ich słuchać jako relaksującego tła (zgodnie z legendą o hrabim), ale można też dać się wciągnąć w ich niesamowitą złożoność. To utwór, który testuje granice wytrzymałości i koncentracji pianisty, a słuchaczowi oferuje emocjonalną podróż przez wszystkie odcienie ludzkiego doświadczenia.
Współczesną popularność dzieło zawdzięcza w dużej mierze kanadyjskiemu pianiście Glennowi Gouldowi. Jego debiutanckie nagranie z 1955 roku zrewolucjonizowało podejście do Bacha – było szybkie, precyzyjne i niesamowicie nowoczesne. Gould powrócił do tego utworu pod koniec życia, w 1981 roku, tworząc zupełnie inną, wolniejszą i bardziej refleksyjną interpretację. Porównanie tych dwóch wykonań to fascynująca lekcja tego, jak zmienia się człowiek i jego spojrzenie na sztukę.
Wariacje goldbergowskie to dowód na to, że Jan Sebastian Bach był nie tylko genialnym rzemieślnikiem, ale i wizjonerem. To muzyka, która się nie starzeje i która przy każdym kolejnym przesłuchaniu pozwala odkryć coś nowego – zupełnie jakbyśmy czytali wielką, wielowątkową powieść, która za każdym razem kończy się tam, gdzie się zaczęła.