Gość (37.30.*.*)
Temat reprezentacji kobiet w różnego rodzaju gremiach – od zarządów wielkich korporacji, przez rady naukowe, aż po komitety polityczne – od lat nie schodzi z czołówek gazet i portali informacyjnych. Często spotykamy się z wyliczeniami: „w nowym składzie zasiada 40% kobiet” lub „to pierwsza kobieta na tym stanowisku”. Dlaczego te liczby budzą takie emocje i dlaczego przywiązuje się do nich aż tak dużą wagę? Odpowiedź na to pytanie jest wielowarstwowa i łączy w sobie kwestie sprawiedliwości społecznej, psychologii, a nawet czystej ekonomii.
Jednym z najważniejszych powodów, dla których podkreśla się obecność kobiet w gremiach decyzyjnych, jest tzw. różnorodność poznawcza. Zespół składający się z osób o zbliżonym pochodzeniu, wykształceniu i doświadczeniach życiowych ma tendencję do wpadania w pułapkę „myślenia grupowego”. Oznacza to, że wszyscy patrzą na problem w ten sam sposób, co sprzyja przeoczeniu ryzyk lub innowacyjnych rozwiązań.
Kobiety często wnoszą do dyskusji inne perspektywy, wynikające z odmiennych doświadczeń społecznych czy zawodowych. Wprowadzenie ich do gremiów pozwala na szersze spojrzenie na dany problem. Badania (m.in. prowadzone przez firmy doradcze takie jak McKinsey & Company) wielokrotnie pokazywały, że zróżnicowane zespoły podejmują trafniejsze decyzje i są bardziej odporne na kryzysy.
Przez dekady wiele prestiżowych funkcji było de facto niedostępnych dla kobiet. Zjawisko to nazywamy „szklanym sufitem” – niewidzialną barierą, która uniemożliwia kobietom awans na najwyższe szczeble drabiny zawodowej, mimo posiadanych kompetencji.
Podkreślanie liczby kobiet w nowo powołanych gremiach jest formą manifestacji, że te bariery powoli znikają. To sygnał wysyłany do społeczeństwa: „zmieniamy zasady gry”. Publiczne ogłaszanie takich danych ma na celu pokazanie, że proces rekrutacji czy wyboru był transparentny i oparty na kompetencjach, a nie na starych układach koleżeńskich, które historycznie faworyzowały mężczyzn.
W socjologii istnieje pojęcie „masy krytycznej”. Przyjmuje się, że aby mniejszość (w tym przypadku kobiety w zdominowanym przez mężczyzn gremium) mogła realnie wpływać na kulturę organizacji i sposób podejmowania decyzji, musi stanowić około 30% składu. Poniżej tego progu głos kobiet może być traktowany jako „rodzynek” lub tokenizm, a nie realny wkład w dyskusję.
Dlaczego tak ważne jest, aby w mediach wybrzmiewało, ile kobiet zasiada w radzie nadzorczej czy komitecie naukowym? Chodzi o psychologię i budowanie wzorców dla młodszych pokoleń. Jeśli dziewczynki i młode kobiety widzą inne kobiety na eksponowanych stanowiskach, łatwiej im wyobrazić sobie własną ścieżkę kariery w tych obszarach.
Brak reprezentacji wysyła podświadomy komunikat: „to nie jest miejsce dla ciebie”. Dlatego każda nominacja, która zostaje nagłośniona, działa jak drogowskaz i motywacja do przełamywania stereotypów związanych z płcią w konkretnych zawodach czy branżach.
Współczesny świat biznesu i polityki to nie tylko dobra wola, ale też konkretne regulacje. Coraz więcej państw wprowadza kwoty lub parytety płci w organach spółek giełdowych czy instytucjach publicznych. Unia Europejska również wdraża dyrektywy mające na celu zapewnienie większej równowagi płci w zarządach.
Dodatkowo, inwestorzy coraz częściej patrzą na wskaźniki ESG (Environmental, Social, and Corporate Governance). Litera „S” (społeczna odpowiedzialność) oraz „G” (ład korporacyjny) obejmują właśnie kwestie różnorodności. Firma, która ma zróżnicowany zarząd, jest postrzegana jako lepiej zarządzana, bardziej nowoczesna i mniej narażona na ryzyka reputacyjne. Podkreślanie liczby kobiet jest więc elementem budowania profesjonalnego wizerunku organizacji w oczach inwestorów i klientów.
Często pojawia się zarzut, że zwracanie uwagi na płeć to jedynie przejaw poprawności politycznej, a liczyć powinny się tylko kompetencje. Eksperci zajmujący się rynkiem pracy odpowiadają na to argumentem, że kompetencje są rozłożone po równo w populacji. Jeśli więc w jakimś gremium zasiadają wyłącznie mężczyźni, statystycznie mało prawdopodobne jest, by wybrano „najlepszych z najlepszych” – prawdopodobne jest natomiast, że pominięto pulę utalentowanych kobiet.
Zwracanie uwagi na liczby nie ma więc na celu promowania osób bez kwalifikacji, lecz upewnienie się, że proces selekcji był na tyle szeroki, by nie wykluczyć nikogo ze względu na płeć. W ten sposób statystyki stają się narzędziem kontroli jakości procesów rekrutacyjnych w nowoczesnym społeczeństwie.