Gość (37.30.*.*)
Stwierdzenie, że produkt jest tak doskonały, iż właściwie nie wymaga reklamy, a obecny komunikat to jedynie „uprzejme poinformowanie” nieświadomych jeszcze klientów, to klasyczny przykład strategii marketingowej balansującej na cienkiej granicy między budowaniem prestiżu a czystym zadufaniem. Z perspektywy psychologii komunikacji i teorii marketingu, taka postawa mówi o reklamodawcy znacznie więcej, niż on sam prawdopodobnie zakłada.
Kiedy marka deklaruje, że nie musi się reklamować, a jednocześnie to robi, wpada w logiczną pułapkę. Reklama z definicji jest płatną formą bezosobowej prezentacji i promocji idei, towarów lub usług. Jeśli firma wydaje budżet na to, by „poinformować”, to w rzeczywistości uprawia marketing, próbując jedynie nadać mu inną etykietę.
Takie sformułowanie często wynika z chęci pozycjonowania marki jako luksusowej lub niszowej. W świecie dóbr premium panuje przekonanie, że produkt, o który trzeba „zabiegać” u klienta, traci na wartości. Jednak ubranie tego w słowa: „nie musimy, ale wam powiemy”, może być odebrane przez odbiorcę jako protekcjonalne. Sugeruje ono bowiem, że to nie produkt potrzebuje klienta, ale klient ma wielkie szczęście, że w ogóle dowiedział się o istnieniu danej oferty.
W wielu przypadkach – tak. Zadufanie w tym kontekście objawia się przekonaniem o bezkonkurencyjności i absolutnej wyższości nad rynkiem. Reklamodawca, używając takich słów, stawia się w pozycji autorytetu, który nie musi udowadniać wartości swojego produktu, bo uważa ją za aksjomat.
Z perspektywy odbiorcy może to wywołać kilka negatywnych reakcji:
Warto jednak zauważyć, że istnieją marki (np. Rolls-Royce czy niektóre manufaktury zegarków), które faktycznie unikają tradycyjnej reklamy masowej. Jednak one zazwyczaj milczą, zamiast ogłaszać wszem i wobec, że „nie muszą się reklamować”. Prawdziwy prestiż nie potrzebuje deklaracji o własnej skromności czy potędze – on po prostu jest zauważalny.
Mechanizm, który stoi za takim stwierdzeniem, nazywamy czasem „marketingiem negatywnym” lub „sprzedażą przez wycofanie”. Reklamodawca chce wzbudzić w nas poczucie, że skoro on „nie musi” sprzedawać, to produkt musi być towarem deficytowym i pożądanym. To próba wykreowania wysokiego statusu marki poprzez arogancję.
Czy to działa? W specyficznych grupach docelowych, które aspirują do wyższych sfer, taka narracja może przynieść efekty. Jednak dla przeciętnego konsumenta, bombardowanego tysiącami komunikatów dziennie, brzmi to po prostu jak kolejna, nieco zbyt pewna siebie próba wyciągnięcia pieniędzy z portfela.
W ekonomii istnieje pojęcie „efektu snoba”. Polega on na tym, że popyt na dane dobro maleje wraz z tym, jak staje się ono bardziej dostępne dla innych osób. Reklamodawcy używający sformułowań o „braku potrzeby reklamowania” celują właśnie w ten mechanizm. Chcą przekonać klienta, że kupuje coś tak wyjątkowego, że masowy rynek o tym nie wie (lub nie powinien wiedzieć).
Istnieje subtelna różnica między byciem dumnym z jakości swojego produktu a zadufaniem.
Stwierdzenie przytoczone w pytaniu zdecydowanie przesuwa suwak w stronę pychy. Sugeruje ono, że jedyną barierą między produktem a sukcesem jest „niewiedza” innych, a nie np. cena, konkurencja czy dopasowanie do potrzeb rynku. W dzisiejszym, transparentnym świecie marketingu, taka postawa jest coraz częściej punktowana przez konsumentów jako nieautentyczna i po prostu męcząca.
Podsumowując, choć taka retoryka ma na celu budowanie aury ekskluzywności, najczęściej obnaża brak pokory reklamodawcy i może budować mur między marką a potencjalnym klientem, zamiast go burzyć.