Gość (37.30.*.*)
Wielu z nas, przeglądając półki w księgarniach lub czytając o najnowszych premierach literackich, zastanawia się, jak to możliwe, że niektóre pozycje w ogóle trafiły do druku. Opisy drastycznej przemocy, kontrowersyjne poglądy polityczne czy śmiałe sceny erotyczne potrafią wywołać prawdziwą burzę w mediach społecznościowych i przy niedzielnym obiedzie. Dlaczego więc, mimo licznych głosów oburzenia, te książki nie lądują na indeksie ksiąg zakazanych? Odpowiedź na to pytanie jest złożona i dotyka fundamentów współczesnego społeczeństwa, prawa oraz... psychologii marketingu.
Najważniejszym powodem, dla którego skandalizujące książki nie są zakazane w większości krajów zachodnich, jest konstytucyjna ochrona wolności słowa. W demokratycznym państwie prawa cenzura prewencyjna (czyli blokowanie publikacji przed jej wydaniem) praktycznie nie istnieje. Uznaje się, że każdy ma prawo do wyrażania swoich myśli, opinii i artystycznych wizji, nawet jeśli są one niepopularne, szokujące lub dla wielu osób po prostu niesmaczne.
Sądy na całym świecie wielokrotnie orzekały, że "prawo do bycia nieobrażonym" nie istnieje. Oznacza to, że sam fakt, iż jakaś treść nas bulwersuje, nie jest wystarczającym powodem, by odebrać autorowi prawo do jej publikacji. Granica zostaje przekroczona zazwyczaj dopiero wtedy, gdy książka bezpośrednio nawołuje do nienawiści, przemocy lub zawiera treści pedofilskie.
Historia literatury uczy nas pokory w ocenianiu tego, co "powinno" być zakazane. Wiele dzieł, które dziś uznajemy za kanon literatury światowej, w momencie premiery wywoływało gigantyczne skandale i było przedmiotem procesów sądowych.
Gdybyśmy zakazywali książek tylko dlatego, że łamią współczesne tabu, stracilibyśmy szansę na poznanie dzieł, które przesuwają granice sztuki i zmuszają nas do myślenia.
Z czysto praktycznego punktu widzenia, próba zakazania książki często przynosi skutek odwrotny do zamierzonego. Zjawisko to nazywamy efektem Streisand. W momencie, gdy jakaś instytucja lub grupa społeczna próbuje usunąć publikację z obiegu, informacja o tym rozchodzi się błyskawicznie, generując ogromne zainteresowanie.
Ludzie z natury są ciekawi tego, co zakazane. Książka, która mogłaby przejść bez echa, po próbie jej ocenzurowania nagle staje się bestsellerem. Wydawcy doskonale o tym wiedzą i czasem wręcz celowo podsycają kontrowersje, by zwiększyć sprzedaż. Skandal to jedno z najskuteczniejszych narzędzi marketingowych w branży kreatywnej.
W systemach prawnych wielu krajów istnieje pojęcie "istotnej wartości literackiej lub naukowej". Nawet jeśli książka zawiera treści, które mogłyby zostać uznane za obsceniczne, sądy często stają po stronie autora, jeśli udowodni on, że dany fragment służy wyższemu celowi artystycznemu.
To właśnie ten argument uratował wiele wybitnych dzieł przed zapomnieniem. Eksperci, literaturoznawcy i krytycy powoływani są jako świadkowie, by wykazać, że kontrowersyjna forma jest jedynie środkiem wyrazu, a nie celem samym w sobie. Dzięki temu literatura może pełnić funkcję lustra, w którym przegląda się społeczeństwo – nawet jeśli to, co w nim widzimy, nie zawsze nam się podoba.
Jedną z najczęściej zakazywanych książek w amerykańskich bibliotekach szkolnych w ostatnich latach wcale nie jest mroczny kryminał, ale... seria o Harrym Potterze? Powodem były oskarżenia o promowanie czarów i okultyzmu. To pokazuje, jak bardzo subiektywne może być pojęcie "szkodliwej" treści i dlaczego odgórne zakazy są tak niebezpieczne dla wolności intelektualnej.
Choć państwowe zakazy odchodzą do lamusa, w dobie internetu pojawiła się nowa forma nacisku – tzw. cancel culture (kultura unieważniania). Zamiast prosić rząd o zakazanie książki, grupy internautów wywierają presję na wydawnictwa, by wycofały dany tytuł ze sprzedaży lub zerwały kontrakt z autorem.
To zjawisko budzi ożywione dyskusje. Z jednej strony jest formą obywatelskiego sprzeciwu, z drugiej – bywa nazywane "cyfrowym stosem". W odróżnieniu od prawa, które opiera się na sztywnych procedurach, presja społeczna jest szybka i emocjonalna, co sprawia, że granica między słuszną krytyką a ograniczaniem wolności twórczej staje się coraz cieńsza.
Ostatecznie to my, czytelnicy, decydujemy o losie skandalizujących książek. Najpotężniejszym "zakazem" nie jest bowiem decyzja urzędnika, ale nasz brak zainteresowania. Jeśli książka jest słaba i opiera się wyłącznie na tanim skandalu, zazwyczaj szybko znika w mrokach niepamięci – bez potrzeby angażowania w to aparatu państwowego.