Gość (83.4.*.*)
Wyobraźmy sobie świat, w którym największe gospodarki Azji przestają być postrzegane jako „hamulcowi” globalnej polityki klimatycznej, a stają się jej głównym silnikiem. Chiny i Indie, mimo gigantycznych inwestycji w zieloną energię, wciąż borykają się z łatką największych emitentów CO2 na świecie. Jednak sfinansowanie ich transformacji energetycznej — opartej na stabilnym atomie i dynamicznych odnawialnych źródłach energii (OZE) — przez zamożnych sąsiadów, takich jak Japonia, Korea Południowa czy Singapur, mogłoby całkowicie zmienić reguły gry. Taki ruch nie tylko oczyściłby atmosferę, ale też zrewolucjonizowałby sposób, w jaki reszta świata patrzy na rozwój gospodarczy.
Obecnie Chiny i Indie często bronią się argumentem „prawa do rozwoju”. Twierdzą, że skoro kraje Zachodu bogaciły się na węglu przez dekady, one również potrzebują taniej energii, by wyciągnąć miliony ludzi z ubóstwa. Gdyby jednak zamożne państwa Azji — dysponujące ogromnym kapitałem i technologią — wzięły na siebie lwią część kosztów budowy elektrowni jądrowych i farm OZE w tych krajach, ten argument straciłby rację bytu.
Zamiast sporu o to, kto ma prawo emitować więcej, powstałby model wspólnej odpowiedzialności regionalnej. Finansowanie to nie byłoby jałmużną, lecz inwestycją w bezpieczeństwo. Dla Singapuru czy Japonii stabilne i czyste Chiny to mniejsze ryzyko katastrof klimatycznych, które uderzają w cały region, oraz dostęp do gigantycznego rynku technologii energetycznych. W takim scenariuszu Chiny i Indie przestałyby być „problemami do rozwiązania”, a stałyby się poligonem doświadczalnym dla najnowocześniejszych rozwiązań, co z automatu uciszyłoby krytykę dotyczącą ich emisji.
Dlaczego akurat miks jądrowo-oze? To połączenie rozwiązuje największy problem transformacji w krajach o ogromnym zapotrzebowaniu na moc: stabilność.
Dla innych krajów rozwijających się, np. w Afryce czy Azji Południowo-Wschodniej, taki model byłby „dowodem słuszności” (proof of concept). Zobaczyłyby one, że można przeskoczyć etap uzależnienia od węgla (tzw. leapfrogging), jeśli tylko istnieje sprawny mechanizm finansowania zewnętrznego. Sukces Chin i Indii pokazałby, że dekarbonizacja nie oznacza spowolnienia gospodarczego, lecz jego modernizację.
Chiny już teraz są światowym liderem w produkcji paneli fotowoltaicznych i turbin wiatrowych. Masowe finansowanie budowy elektrowni jądrowych w tym regionie mogłoby doprowadzić do podobnego zjawiska, jakie widzieliśmy w przypadku fotowoltaiki — drastycznego spadku kosztów technologii jądrowej (szczególnie małych reaktorów SMR) dzięki seryjnej produkcji i optymalizacji procesów budowlanych.
Głównym zarzutem wobec Chin i Indii jest to, że ich wzrost opiera się na „brudnej” energii. Jeśli jednak ich miks energetyczny uległby gwałtownej zmianie dzięki międzynarodowej współpracy, narracja o „największych trucicielach” musiałaby ustąpić miejsca uznaniu dla „największych transformatorów”.
Kiedy kraje takie jak Wietnam, Indonezja czy Brazylia zobaczyłyby, że Chiny i Indie odnoszą sukces dzięki wsparciu finansowemu sąsiadów, same zaczęłyby domagać się podobnych partnerstw. Stworzyłoby to presję na inne bogate regiony (np. Unię Europejską czy USA), by zamiast nakładać cła węglowe (jak CBAM), zaczęły aktywniej inwestować w infrastrukturę energetyczną u swoich partnerów handlowych.
Współpraca zamożnej Azji z Chinami i Indiami mogłaby zatem stać się nowym złotym standardem. Pokazałaby, że walka z ociepleniem klimatu to nie tylko kwestia zakazów, ale przede wszystkim mądrego przepływu kapitału tam, gdzie może on przynieść największą redukcję emisji w najkrótszym czasie. W ten sposób „problem azjatyckich emisji” przestałby istnieć, ustępując miejsca „azjatyckiemu cudowi energetycznemu”.