Gość (37.30.*.*)
Wielu z nas, otwierając kopertę z nową stawką za wywóz śmieci czy wodę, zadaje sobie to samo pytanie: dlaczego jest tak drogo? Przecież to usługi publiczne, które z założenia nie powinny być nastawione na ogromny zysk, a jednak ich ceny często rosną szybciej niż inflacja. Problem ten nie jest jedynie złudzeniem optycznym portfela przeciętnego obywatela – to złożone zjawisko ekonomiczne, w którym mechanizmy rynkowe ścierają się z biurokracją i specyfiką zadań własnych samorządu.
Przykład odbioru odpadów, który przywołałeś, jest niemal podręcznikową ilustracją tego, co dzieje się, gdy z rynku znika zdrowa konkurencja. W ekonomii mówimy o tzw. monopolu naturalnym lub terytorialnym. Kiedy gmina ogłasza przetarg na odbiór śmieci, często zdarza się, że startuje w nim tylko jedna firma lub konsorcjum, które już wcześniej obsługiwało dany teren. Brak rywali sprawia, że oferent nie musi walczyć o klienta ceną czy jakością – może podyktować warunki, które samorząd musi zaakceptować, bo przecież śmieci nie mogą zalegać na ulicach.
Brak konkurencji to jednak tylko wierzchołek góry lodowej. W systemie wolnorynkowym firmy tną koszty, by przetrwać. W sektorze publicznym lub w relacjach zmonopolizowanych motywacja do optymalizacji wydatków jest znacznie mniejsza. Co więcej, samorządy często decydują się na tzw. model in-house, czyli powierzanie zadań własnym spółkom komunalnym bez przetargu. Choć daje to większą kontrolę nad usługą, często prowadzi do przerostu zatrudnienia i braku presji na innowacyjność, co finalnie ląduje w naszych rachunkach.
Istnieje kilka kluczowych powodów, dla których usługi realizowane przez państwo lub samorządy generują wyższe koszty niż te świadczone przez sektor prywatny w warunkach pełnej konkurencji:
Czy zatem teza o drożyźnie wynikającej z monopolu to fakt? W dużej mierze tak, ale z istotnym zastrzeżeniem: w przypadku śmieci na cenę wpływają też czynniki zewnętrzne, o których rzadko się mówi. W ostatnich latach drastycznie wzrosły tzw. opłaty marszałkowskie (za składowanie odpadów) oraz wymagania dotyczące poziomów recyklingu narzucane przez Unię Europejską.
Nawet gdyby na rynku panowała idealna konkurencja, ceny i tak by wzrosły. Jednak monopol sprawia, że te wzrosty są "nadmiarowe". Firma posiadająca wyłączność na danym terenie przerzuca wszystkie ryzyka i koszty na mieszkańców, nie szukając oszczędności wewnątrz swojej struktury. W miastach, gdzie o kontrakt walczy kilka podmiotów, stawki potrafią być o kilkanaście procent niższe niż w sąsiednich gminach zmonopolizowanych przez jedną firmę.
W ekonomii zwykle większa skala oznacza niższy koszt jednostkowy. W usługach komunalnych bywa odwrotnie. Im większe miasto i bardziej skomplikowany system segregacji, tym trudniej o logistyczną efektywność. Dodatkowo, duże aglomeracje są bardziej narażone na dyktat cenowy wielkich koncernów odpadowych, które jako jedyne posiadają odpowiednią flotę i instalacje do przetwarzania odpadów (RIPOK), co tworzy barierę wejścia dla mniejszej, tańszej konkurencji.
Rozwiązaniem, które czasem przynosi ulgę portfelom, jest tzw. partnerstwo publiczno-prywatne lub precyzyjne dzielenie zamówień na mniejsze sektory. Gdy miasto zostaje podzielone na dzielnice, w których startują różni przewoźnicy, pojawia się punkt odniesienia. Samorząd może wtedy łatwo sprawdzić, dlaczego w dzielnicy A odbiór jest tańszy niż w dzielnicy B.
Podsumowując, droższe usługi publiczne to nie tylko "zła wola" urzędników, ale efekt systemowej pułapki. Brak konkurencji, sztywne prawo i konieczność obsługi każdego obywatela (nawet tego "nierentownego") tworzą mieszankę, która zawsze będzie droższa niż elastyczny, nastawiony na zysk model prywatny. Przykład odpadów potwierdza tę zależność – tam, gdzie znika rywalizacja o klienta, tam rachunki zaczynają żyć własnym, niepokojącym życiem.