Gość (37.30.*.*)
Czternastego marca 1980 roku Polska wstrzymała oddech. To właśnie wtedy, tuż przed południem, doszło do jednej z najbardziej tragicznych i znanych katastrof w historii polskiego lotnictwa cywilnego. Samolot Ił-62 o nazwie własnej „Mikołaj Kopernik”, należący do PLL LOT, rozbił się w pobliżu warszawskiego lotniska Okęcie. Śmierć poniosło 87 osób, w tym uwielbiana piosenkarka Anna Jantar oraz amatorska reprezentacja bokserska USA. Aby zrozumieć, co dokładnie wydarzyło się tamtego feralnego dnia, musimy przyjrzeć się zarówno ostatnim minutom lotu, jak i skomplikowanym przyczynom technicznym, które do tego doprowadziły.
Lot nr 007 z Nowego Jorku do Warszawy przebiegał bez większych zakłóceń aż do momentu podejścia do lądowania. Maszyna, dowodzona przez doświadczonego kapitana Pawła Lipowczana, zbliżała się do lotniska Okęcie około godziny 11:12. To właśnie wtedy załoga zgłosiła wieży kontrolnej problem: na tablicy przyrządów nie zapaliła się zielona lampka sygnalizująca zablokowanie podwozia.
W lotnictwie taka sytuacja nie jest rzadkością i zazwyczaj oznacza po prostu przepaloną żarówkę lub awarię czujnika. Zgodnie z procedurami, kapitan zdecydował się na tzw. odejście na drugi krąg. Chciał zyskać czas, aby mechanik pokładowy mógł sprawdzić obwody lub ręcznie zweryfikować stan podwozia. Kapitan zwiększył moc silników, by maszyna mogła ponownie wznieść się na wyższy pułap.
W tym momencie, dokładnie o 11:13, nastąpiła katastrofalna awaria. Gdy silniki weszły na wysokie obroty, jeden z nich – silnik nr 2 – dosłownie eksplodował. Rozpędzone elementy turbiny przebiły kadłub, niszcząc sąsiednie silniki oraz, co najgorsze, przecinając układy sterowania. Samolot stał się niesterowny. Przez ostatnie 26 sekund lotu załoga była niemal bezradna, a maszyna bezwładnie opadała, ścinając drzewa i ostatecznie uderzając w zamarzniętą fosę XIX-wiecznego Fortu VI „Okęcie”.
Oficjalne dochodzenie prowadzone przez polską komisję rządową wykazało, że bezpośrednią przyczyną tragedii było zniszczenie wału silnika nr 2. Jednak to, dlaczego wał pękł, stało się przedmiotem długich analiz i kontrowersji na linii Warszawa–Moskwa.
Głównym powodem było tzw. zmęczenie materiału wału silnika niskiego ciśnienia. Wewnątrz metalu doszło do powstania mikropęknięć, których nie wykryto podczas przeglądów. W krytycznym momencie, gdy kapitan gwałtownie zwiększył moc (tzw. startową), wał nie wytrzymał obciążeń i pękł. Rozpędzona tarcza turbiny, nie mając oparcia, wypadła z łożysk i pod wpływem siły odśrodkowej rozleciała się na kawałki, działając jak szrapnel.
Konstrukcja Iła-62 zakładała umieszczenie czterech silników w parach z tyłu kadłuba. Było to rozwiązanie niefortunne w przypadku tak gwałtownej awarii. Odłamki z silnika nr 2:
W efekcie piloci stracili możliwość manewrowania maszyną. Jedynym sposobem, w jaki kapitan Lipowczan próbował ratować sytuację w ostatnich sekundach, było operowanie lotkami (które jako jedyne działały), co pozwoliło uniknąć uderzenia w budynki zakładu poprawczego znajdującego się na trasie spadania.
Po katastrofie polscy eksperci wskazali na błędy konstrukcyjne i materiałowe radzieckich silników NK-8-4. Strona radziecka początkowo odrzucała te oskarżenia, sugerując błędy w eksploatacji przez PLL LOT. Ostatecznie jednak polscy inżynierowie udowodnili, że wał silnika posiadał wadę fabryczną (tzw. spiętrzenie naprężeń), która była wynikiem wadliwego wykonania przez producenta.
Warto wiedzieć, że po tej katastrofie wprowadzono szereg zmian w silnikach Iłów-62, w tym m.in. dublowanie układów sterowania, aby uniknąć sytuacji, w której jedna awaria odcina kontrolę nad całym samolotem. Niestety, siedem lat później, w 1987 roku, doszło do niemal identycznej katastrofy samolotu „Tadeusz Kościuszko” w Lesie Kabackim, co ostatecznie przypieczętowało los tych maszyn w polskiej flocie.
Katastrofa „Mikołaja Kopernika” była ogromnym wstrząsem społecznym. Wśród ofiar znajdowała się Anna Jantar, która wracała z trasy koncertowej w USA do swojej córeczki Natalii Kukulskiej. Śmierć poniosła także 22-osobowa ekipa byskarska USA, która leciała na mecz międzypaństwowy. Na miejscu tragedii, przy forcie na Okęciu, do dziś znajduje się pomnik upamiętniający te wydarzenia, a jedna z pobliskich ulic nosi imię kapitana Pawła Lipowczana, którego uznano za bohatera za uratowanie ludzi na ziemi przed uderzeniem samolotu w zabudowania.
Zapis z rejestratora rozmów w kokpicie urywa się nagle w momencie eksplozji silnika. Ostatnie zarejestrowane słowa kapitana to dramatyczne: „Cześć, giniemy!”, co stało się jednym z najbardziej przejmujących symboli tej tragedii w polskiej świadomości zbiorowej. Choć późniejsze analizy sugerowały, że słowa te mogły brzmieć nieco inaczej, oddają one beznadziejną sytuację, w jakiej znalazła się załoga w ułamku sekundy.