Gość (37.30.*.*)
Wielu z nas, patrząc na rosnące koszty życia i coraz to nowe daniny, zadaje sobie to samo pytanie: czy istnieje granica kreatywności fiskalnej państwa? Skoro płacimy już za posiadanie psa, za deszcz spływający do kanalizacji, a nawet za cukier w napojach, wizja opodatkowania każdego wdechu wydaje się logicznym, choć przerażającym końcem tej drogi. Choć brzmi to jak scenariusz z mrocznego filmu science-fiction, warto przyjrzeć się temu zagadnieniu z perspektywy ekonomii, ekologii i historii, bo odpowiedź wcale nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać.
Zanim przejdziemy do oddychania, warto zrozumieć fenomen tzw. podatku od deszczu (formalnie jest to opłata za zmniejszenie naturalnej retencji terenowej). Państwa argumentują go potrzebą utrzymania infrastruktury wodnej i walką z betonozą. To pokazuje, że rządy potrafią znaleźć uzasadnienie dla opodatkowania zasobów naturalnych, które teoretycznie są darmowe i powszechnie dostępne.
W przypadku powietrza sytuacja jest jednak bardziej skomplikowana. Powietrze samo w sobie nie jest "dostarczane" przez państwową infrastrukturę tak jak woda czy drogi. Jednakże, jeśli spojrzymy na to przez pryzmat ochrony środowiska, zauważymy, że już teraz płacimy za to, czym oddychamy. Opłaty emisyjne, handel uprawnieniami do emisji CO2 czy podatki węglowe to w rzeczywistości formy opodatkowania wpływu, jaki wywieramy na atmosferę.
Choć nikt nie wystawia nam rachunku za każdy litr wciągniętego do płuc powietrza, to coraz częściej mówi się o indywidualnym śladzie węglowym. Każdy człowiek podczas oddychania wydala dwutlenek węgla. Czy to może stać się podstawą do opodatkowania?
Z punktu widzenia biologii, dorosły człowiek wydycha średnio około 1 kilograma CO2 na dobę. W skali roku daje to około 365 kg gazu cieplarnianego. W porównaniu do emisji generowanych przez transport czy przemysł, jest to wartość marginalna, ale w świecie, gdzie liczy się każdy gram emisji, teoretycznie mogłoby to stać się przedmiotem debaty. Obecnie jednak systemy podatkowe skupiają się na konsumpcji i produkcji, a nie na samych procesach biologicznych niezbędnych do życia.
Gdyby zsumować oddechy wszystkich 8 miliardów ludzi na Ziemi, okazałoby się, że generujemy rocznie około 2,5 do 3 miliardów ton CO2. To około 7-8% całkowitej światowej emisji wynikającej z działalności człowieka (spalania paliw kopalnych itp.). Mimo to, proces ten jest uznawany za neutralny dla klimatu, ponieważ węgiel, który wydychamy, pochodzi z pożywienia, które wcześniej pobrało go z atmosfery w procesie fotosyntezy.
Historia pokazuje, że państwa potrafiły być niezwykle pomysłowe, gdy brakowało pieniędzy w skarbcu. To, co dziś wydaje nam się absurdalne, kiedyś było codziennością:
Patrząc na te przykłady, podatek od oddychania wydaje się być "godnym" następcą, jednak istnieje jedna zasadnicza bariera: prawo do życia. W większości współczesnych systemów prawnych i konwencji praw człowieka, prawo do oddychania jest nierozerwalnie związane z prawem do życia, co czyni jego bezpośrednie opodatkowanie niemal niemożliwym do przeforsowania w demokratycznym państwie.
Zamiast bezpośredniego "podatku od oddechu", bardziej prawdopodobne jest wprowadzanie kolejnych opłat pośrednich. Już teraz w wielu kurortach płacimy tzw. opłatę klimatyczną (miejscową). Oficjalnie jest to opłata za możliwość przebywania w miejscu o szczególnych walorach krajobrazowych i czystym powietrzu. W praktyce – płacisz za to, że oddychasz "lepszym" powietrzem w danej gminie.
Eksperci od polityki fiskalnej sugerują, że w przyszłości możemy spodziewać się raczej podatków od "czystości powietrza" lub "regeneracji zasobów naturalnych". Zamiast licznika przy nosie, rządy mogą nakładać wyższe daniny na produkty, których wytworzenie najbardziej zanieczyszcza atmosferę, co pośrednio uderza w każdego, kto chce korzystać z zasobów planety.
Nawet gdyby jakiś rząd zdecydował się na tak desperacki krok, pojawiłby się problem techniczny: jak to zmierzyć? Monitorowanie oddechu każdego obywatela wymagałoby technologii rodem z dystopijnych powieści Orwella. Choć urządzenia typu wearables (smartwatche) potrafią już mierzyć parametry życiowe, przymusowe ich stosowanie do celów podatkowych wywołałoby ogromny opór społeczny.
Podsumowując, choć państwa wykazują się ogromną kreatywnością w szukaniu nowych źródeł dochodu, bezpośredni podatek od oddychania pozostaje w sferze czarnych wizji przyszłości. Prędzej doczekamy się kolejnych opłat za "korzystanie ze środowiska" ukrytych w cenach paliw, energii czy żywności, niż rachunku za każdy wdech. Granicą dla fiskusa pozostaje bowiem nie tylko technologia, ale przede wszystkim instynkt przetrwania obywateli, dla których opodatkowanie samej egzystencji mogłoby być krokiem o jeden most za daleko.