Gość (37.30.*.*)
Wizja świata, w którym nasze ciała subtelnie się zmieniają, a gospodarka zostaje uderzona potężnym młotem podatkowym w imię ekologii, brzmi jak scenariusz ambitnego filmu science-fiction. Jednak wiele z wymienionych przez Ciebie parametrów to zjawiska, które naukowcy obserwują już teraz lub o których intensywnie debatują. Czy połączenie chłodniejszego ciała, niższego ciśnienia i drastycznych opłat za kilogram schabu ma sens? Przyjrzyjmy się temu z bliska, analizując wpływ tych zmian na nasze zdrowie, długość życia i kondycję planety.
Spadek średniej temperatury ciała o około 0,1°C to proces, który faktycznie ma miejsce. Badania przeprowadzone na Uniwersytecie Stanforda wykazały, że od czasów rewolucji przemysłowej temperatura ciała ludzi sukcesywnie spada. Dlaczego tak się dzieje? Głównym powodem jest poprawa ogólnego stanu zdrowia i spadek przewlekłych stanów zapalnych w populacji. Kiedyś nasze organizmy nieustannie walczyły z infekcjami, co podkręcało metabolizm i temperaturę. Dzisiaj, dzięki antybiotykom i lepszej higienie, nasze "silniki" pracują na niższych obrotach.
Z perspektywy długowieczności, niższa temperatura ciała i wolniejszy metabolizm są często kojarzone z dłuższym życiem (co obserwuje się u wielu gatunków zwierząt). Z kolei spadek ciśnienia tętniczego o 2–2,5 mmHg, choć wydaje się niewielki, w skali całej populacji oznaczałby tysiące unikniętych zawałów i udarów rocznie. Jeśli dodamy do tego spokojniejszy oddech, otrzymujemy obraz człowieka mniej zestresowanego, którego układ krążenia jest znacznie mniej obciążony.
Wzrost średniego wzrostu o 1,5–2 cm jest naturalnym efektem lepszego odżywiania w dzieciństwie. Jednak wzrost masy ciała o 5–5,5 kg to już sygnał alarmowy. Jeśli te dodatkowe kilogramy wynikałyby z przyrostu tkanki mięśniowej (dzięki lepszej diecie i aktywności), byłoby to korzystne. Niestety, statystyki sugerują, że w dzisiejszych realiach byłaby to głównie tkanka tłuszczowa.
Tutaj pojawia się konflikt: z jednej strony mamy zdrowszy układ krążenia (niższe ciśnienie), a z drugiej – dodatkowy balast, który obciąża stawy i zwiększa ryzyko chorób metabolicznych, takich jak cukrzyca typu 2. W takim scenariuszu zysk z niższego ciśnienia mógłby zostać zniwelowany przez skutki nadwagi, co ostatecznie mogłoby nie wpłynąć znacząco na wydłużenie życia, a jedynie na zmianę profilu najczęstszych chorób.
Wprowadzenie podatku w wysokości 7 € (ok. 30 zł) za kilogram mięsa, cukru czy oleju palmowego to ruch drastyczny. Obecnie ceny wielu z tych produktów są niższe niż proponowany podatek. Taka interwencja fiskalna wywołałaby natychmiastowy szok konsumpcyjny:
Kwota 1111 € za tonę węgla i koksu jest astronomiczna. Dla porównania, ceny uprawnień do emisji CO2 w systemie ETS oscylują zazwyczaj w granicach 70–100 € za tonę. Podatek na tym poziomie oznaczałby natychmiastowe bankructwo wszystkich elektrowni węglowych i hut korzystających z tradycyjnych metod.
Z punktu widzenia klimatu, byłoby to "ostre cięcie", które zmusiłoby Europę do przejścia na OZE i atom w tempie ekspresowym. Z punktu widzenia obywatela – koszty życia (ogrzewanie, produkty przemysłowe) wzrosłyby drastycznie, co mogłoby doprowadzić do niepokojów społecznych. Jednak w długofalowej perspektywie, czystsze powietrze (brak smogu) bezpośrednio przełożyłoby się na spadek zachorowań na choroby płuc i wydłużenie życia mieszkańców miast.
Czy taki scenariusz ma sens? To zależy od tego, co uznamy za priorytet.
Warto wiedzieć, że według danych WHO, nadciśnienie tętnicze jest odpowiedzialne za prawie 13% wszystkich zgonów na świecie. Obniżenie go o zaledwie 2 mmHg w skali populacji to zmiana, której nie da się przecenić – to miliony ludzi, którzy mogliby żyć dłużej. Choć wizja tak wysokich podatków wydaje się dziś nierealna, pokazuje ona, jak głębokich zmian potrzebujemy, by realnie wpłynąć na globalne trendy zdrowotne i środowiskowe.